Witaj, szkoło!

Maj 7 2016, 6 Comments

Żegnaj, szkoło…

Być może pamiętacie mój wpis o tym, że nie lubię szkoły. Od czasu, gdy go popełniłam, zmieniło się w tym temacie niewiele. To znaczy, zmieniło się, ale na gorsze, i utwierdziło mnie w przekonaniu, że polska szkoła publiczna to zupełnie nie moja bajka. U starszaka przyszła czwarta klasa, nieprawdopodobna ilość prac domowych, klasówki niemal codziennie (to są dziewięcio-, w porywach dziesięciolatki!) i problem bullyingu, o którym również pisałam. Młodsza poszła do drugiej klasy i musiała zmierzyć się z presją (a jakże!) prac domowych, sprawdzianów, oceniania zachowania, porównywania umiejętności z umiejętnościami rówieśników. Musieliśmy razem przelać wiadra łez, przeprowadziliśmy dużo więcej niż bym chciała wspierających i podnoszących ich poczucie wartości rozmów. Przyszły pierwsze deklaracje: „Mamo, ja już nie chcę chodzić do szkoły”, i pierwsze prośby „Czy możesz mnie stąd zabrać?”…

A potem wyjechaliśmy.

Dzieci zaczęły nowe życie tu, w Barcelonie, od niemal trzytygodniowych wakacji, bo okazało się, że w okolicy ciężko znaleźć publiczną szkołę, która przyjęłaby ich wszystkich. Jako że strzeliliśmy Rejtana i uparliśmy się, że nie pozwolimy ich rozdzielić do różnych szkół (tu przedszkole jest na ogół połączone ze szkołą, jedna instytucja ma wydzielone miejsca dla 3-5 latków, tzw. Educación Infantil – Parvulario i dla dzieci w wieku 6-12 lat, tzw. Educación Primaria, podzielona na trzy dwuletnie cykle – później idzie się do szkoły średniej), tutejsze Biuro Edukacji musiało znaleźć szkołę, która zgodziłaby się przyjąć całą czwórkę (a docelowo piątkę) i żeby jeszcze nie trzeba było jeździć na drugi koniec miasta. W sukurs przyszła nasza rejonowa podstawówka, która wprawdzie miejsc dla nich nie miała, ale dyrektorka obdzwoniła inne szkoły w okolicy i znalazła miejsca w małej szkole nieopodal, w odległości mniej więcej 15 minutowego spaceru przez park. Jak tylko dostaliśmy potwierdzający przyjęcie dzieci telefon, natychmiast tam pognaliśmy, żeby dopełnić formalności. Trochę było z tym korowodu, bo kłody pod nogi próbowała nam rzucić lokalna służba zdrowia (Hiszpania jest równie zbiurokratyzowana jak Polska, niestety), ale dyrekcja szkoły okazała się niezmiernie życzliwa i jak tylko mogła, postanowiła nam życie – i przyjęcie dzieciaków – ułatwić. I tak nasze małolaty stały się uczniami Escola Tomàs Moro w Barcelonie :)

bcncoletomasmoro

… witaj, szkoło! :)

bcncoletomasmoro2

Na początek usłyszeliśmy od kilkunastu osób – dyrektorki, nauczycieli i pracowników szkoły – żebyśmy niczym się nie martwili. Że dzieci będą pod dobrą opieką, że nikt nie będzie na nich wywierał żadnej presji, że pomogą im się zaadaptować. Dyrektorka oprowadziła nas po szkole, pokazała wszystko, wytłumaczyła, jak logistycznie wygląda przyprowadzanie i odbieranie dzieci, przebieg zajęć, jak dzieci przygotować, jak wspomagają tu dzieci emigrantów. Wszystko w przemiłej atmosferze. To pierwsze spotkanie zrobiło na nas znakomite wrażenie, podobnie jak sama szkoła: nieduża (w sensie: kameralna, bo pomieszczeń i przestrzeni jest sporo, po jednej, z rzadka dwie klasy na rocznik, kilkanaścioro dzieci w klasie – średnio 17), kolorowa, przyozdobiona mnóstwem rysunków i prac dzieci, z dużą ilością światła naturalnego, z oddzielną salą gimnastyczną, boiskiem, placem zabaw i dwoma dziedzińcami, znakomicie wyposażona. Przedszkolaki mają swoją wydzieloną część, „szkolniaki” swoją. A droga do niej prowadzi przez park z fontanną i placem zabaw, więc codzienne spacery są przyjemnością.

Drugie wrażenie było jeszcze lepsze niż pierwsze. Przyprowadziliśmy dzieciaki, które zostały natychmiast przygarnięte do swoich klas. Ich wychowawczynie i pozostali nauczyciele i pracownicy okazali im mnóstwo serca, najmłodszym (które, co naturalne, były pierwszego dnia nieco wystraszone) otarły łzy, przytulały, koiły. Sami jeszcze niepewni zostawiliśmy ich „w ramionach” nowej instytucji. Ale dopiero odbiór ich okazał się prawdziwym szokiem.

Tu mała dygresja celem wytłumaczenia, jak wyglądają tu zajęcia: otóż, nie ma dzwonków. Wszystkie dzieci gromadzą się o 9:00 rano na głównym dziedzińcu wokół swoich wychowawców (z wyjątkiem najmłodszych przedszkolaków, które są odprowadzane prosto do sali, i najstarszych, którzy sami idą prosto do swoich klas). Następnie jest pierwszy, dwugodzinny blok zajęć (z przerwą na przemieszczenie się do odpowiednich sal), około półgodzinna przerwa, w czasie której dzieci wychodzą na boisko, na plac zabaw, mogą coś zjeść, pobawić się, i potem jeszcze godzina zajęć. O 12:30 dzieci, które w szkole jedzą obiady idą na obiad, te które jedzą w domu są zabierane do domów (nasze na razie jedzą w domu, więc któreś z nas ich wtedy odbiera), o 15:00 jest jeszcze jeden, półtorejgodzinny blok zajęciowy (przyprowadzamy ich wtedy z powrotem) i o 16:30 koniec zajęć. W oddziale szkolnym zajęcia poranne są tzw. zajęciami intensywnymi (to lekcje języków: hiszpańskiego, katalońskiego i angielskiego, oraz matematyka, plastyka, muzyka), popołudniowe to zajęcia bardziej ogólnorozwojowe, czyli tzw. medi (medi to środowisko, na tych zajęciach dzieciaki zapoznają się ze środowiskiem, w którym żyją na co dzień, i obejmują one m.in. zajęcia komputerowe, naukę o środowisku naturalnym i przyrodzie, o środowisku społecznym, religię/etykę, godziny wychowawcze). Pomiędzy tymi lekcjami są zajęcia sportowe, w tym wyjścia na basen. Koniec dygresji :)

parcjosepserramarti

Stawiłam się pod szkołą, zgodnie z wytycznymi, o 12:30 i ruszyłam w rundkę po odbiór kolejno swojej gromadki. Pierwszym zaskoczeniem były uśmiechnięte twarze moich najmłodszych dziewczynek. Przyznam szczerze, że spodziewałam się, iż pierwszego dnia spędzą czas skulone gdzieś w kątku, popłakując i czekając, aż mama przyjdzie. Nie mogłam się bardziej mylić. Moje małe wyściskały „swoje panie”, zostały wyściskane przez nowe koleżanki i przybiegły do mnie, trajkocząc jedna przez drugą, radosne jak skowronki. Potem zobaczyłam starszaki. Dani szedł uśmiechnięty, zajęty rozmową z kolegami, z których jeden pomagał mu nieść plecak. Usłyszałam, jak któryś z nich mówił: „Ty się nic nie martw, my ci wszystko pokażemy i wytłumaczymy, jak będziesz czegoś potrzebował, to tylko powiedz! Do zobaczenia po południu!”. Następnie dojrzałam i Sonię, z uśmiechem od ucha do ucha, prowadzoną za obie ręce przez koleżanki. „Mamo, to są moje nowe koleżanki! To jest Daniela, to jest Irene!” wołała zanim jeszcze nawet zdążyła się zbliżyć. W drodze do domu na obiad jedno przez drugie opowiadali, jakich mają fajnych nauczycieli, kolegów i koleżanki; o tym, że jedna pani zabrała ich z lekcji, żeby im pokazać szkołę, a inna pani pomaga im na zajęciach z katalońskiego (tłumaczy im na hiszpański, pomaga wykonywać zadania), a jeszcze jeden pan zabrał ich na indywidualne zajęcia przy komputerze, a na przerwie widzieli się wszyscy na dworze, a potem pani zaprowadziła jedno do sali drugiego, żeby zobaczyli, jak wyglądają zajęcia u brata/siostry…

Nie muszę dodawać, że z radością wracali do szkoły po południu :)

Teraz chodzą do szkoły już tydzień, uwielbiają swoich nauczycieli (strasznie podoba im się, że do nauczycieli mówi się tu po imieniu), a ci są wobec nich bardzo opiekuńczy i serdeczni, nie mogą się nacieszyć nowymi kolegami i koleżankami. A my wreszcie oddychamy pełną piersią, bez obawy, że znów wrócą ze szkoły ze łzami w oczach.

System vs system

bcncoletomasmoro3

Wychowawczynie dzieci codziennie znajdują parę minut na to, by opowiedzieć nam, jak dzieci się czują, jak się adaptują, co danego dnia robiły i co udało im się osiągnąć. Mieliśmy też jedno dłuższe spotkanie, na którym zostaliśmy zapoznani z metodami pracy w szkole i zaproszeni do aktywnego udziału w życiu szkoły. I jeśli wcześniej już byliśmy zadowoleni, to teraz jesteśmy zachwyceni :) Nie ma tu czegoś takiego jak nauczyciel stojący całą lekcję przy tablicy i robiący wykład albo odpytujący z pracy domowej, a uczniowie siedzący cały czas w ławkach i robiące notatki (mowię tu oczywiście o starszakach, małe są w oddziale przedszkolnym, więc tam, rzecz jasna, lekcji nie ma). Dzieci siedzą i pracują w grupach, robią projekty, rozwiązują problemy, od praktyki dochodzą do teorii. Dopiero, kiedy uczniowie zrozumieją dany temat i jego praktyczne zastosowanie, na tej podstawie sięgają do podręczników i nauczyciel wyprowadza z tego teorię. Mieliśmy okazję zobaczyć nakręcone podczas zajęć filmy, np. z lekcji matematyki, na której dzieci siedzą w grupkach wokół stolików i za pomocą papierowych i plastikowych euro przeprowadzają transakcje. Pani podchodzi do grupek, pomaga, podpowiada, naprowadza. Na końcu zajęć podchodzi do tablicy (w każdej sali jest jedna zwykła i jedna interaktywna) i na podstawie tego wszystkiego, co dzieci zrobiły i do czego doszły, pokazuje im działania na ułamkach dziesiętnych. I dzieciaki w lot łapią, bo właśnie to przez cały czas robiły :) Podobnie jest z innymi zajęciami. Widziałam różne projekty, które dzieci robiły, ich prace. Stawia się na ich indywidualność, kreatywność i własną pracę (nie ma narzuconego sposobu wykonania danego projektu, jeśli robią pracę o środowisku naturalnym, może mieć ona dowolną formę i być zrobiona po hiszpańsku, katalońsku lub angielsku), a także współpracę między dziećmi – część zadań polega na działaniu w grupie, a kiedy dzieci wykonują jakieś zadania indywidualne, to i tak siedzą przy stolikach w grupach, dobranych tak, by zawsze ktoś słabszy np. z matematyki był z kimś silniejszym z tego przedmiotu, ktoś słabszy z języka z kimś dobrym, i pomagają sobie nawzajem. Do zajęć podchodzi się kreatywnie, z pomysłem, tak by nim zaciekawić i żeby dzieci go zrozumiały, wykorzystując także pomysły samych uczniów. Prace domowe są zadawane dwa razy w tygodniu, nigdy z dnia na dzień, i nie jest to bezmyślne ślęczenie czy przepisywanie, żeby odwalić pańszczyznę, tylko np. jeśli na lekcji matematyki były te działania na ułamkach dziesiętnych, to w domu trzeba przeprowadzić zabawę w sklep, zrobić zakupy i potem to zapisać działaniem. W starszych klasach jest oczywiście więcej pisania i korzystania z podręczników przy odrabianiu prac domowych, ale też nie są to ilości przytłaczające i nie ma codziennego ślęczenia nad zadaniami. Sale są upstrzone dekoracjami i pomocami zrobionymi samodzielnie przez dzieci. Nauczyciele są bardziej partnerami niż wykładowcami, założenie jest takie, że mają być wsparciem w odkrywaniu, dochodzeniu do rozwiązań i rozumieniu materiału, a nie tylko suchym przekaźnikiem jego określonej partii i kontrolerem tego, czy dziecko go opanowało. Często zajęcia łączy się między klasami, starsze dzieci przychodzą do młodszych i pomagają im wykonywać jakieś prace. Co i rusz organizowane są różnego rodzaju „akcje”, jak na przykład olimpiada, turniej czegoś tam, dzień muzyki, święto patrona Katalonii, wyjścia i wycieczki poszczególnych klas albo większych grup. Godziny wychowawcze przeznaczone są na rozmowy np. o tym, jak pomagać ludziom starszym, o tolerancji, o tym, że wszyscy ludzie są równi, bez względu na kolor skóry, wyznanie, czy religię, zapraszani są goście, którzy opowiadają o różnych rzeczach (widzieliśmy filmik nakręcony podczas wizyty babci jednej z dziewczynek, która opowiadała o tym, jak szkoła wyglądała kiedyś, a potem dzieci rozmawiały o tym, co się zmieniło na lepsze i co można jeszcze robić, żeby szkoła była lepsza i żeby dzieci przychodziły do niej chętnie). Ostatnie godziny wychowawcze w klasach Daniego i Soni były przeznaczone na rozmowę o Warszawie, żeby dzieci wiedziały, skąd są ich nowi koledzy. Na lekcjach religii nie wkuwa się modlitw, tylko rozmawia o tym, co np. w praktyce oznacza przykazanie miłości, jak je stosować w codziennym życiu, itd. Nie ma też tych koszmarnych zbiorczych zebrań z rodzicami (jest jedno informacyjne na początku roku, potem wszystkie informacje przekazywane są przez… WhatsAppa :D ), są tylko indywidualne spotkania rodziców bądź rodziców i dziecka z nauczycielami.

parcjosepserramarti1

Pierwszy tydzień szkoły za nami. Intensywny, bogaty w emocje i wrażenia – na szczęście, jak dotąd, w ogromnej większości pozytywne. I ten pierwszy tydzień pozwala nam z optymizmem patrzeć w (szkolną) przyszłość :)

Wszystkie zdjęcia pochodzą z naszych prywatnych zbiorów bądź ze strony internetowej szkoły, z wyjątkiem zdjęć z parku Josep Serra Martí, przez który prowadzi droga do szkoły, a które należą do Jordi Peralta.





  • Strasznie zazdroszczę Wam takiej szkoły. Wierzyłam, że będzie dobrze i trzymam kciuki, żeby nic Was nie rozczarowało :)

    • Cynamon & Chiltepes

      No, my się czujemy jak gdybyśmy trafili prosto do szkolnego raju ;) Oczywiście, na pewno i tu pojawią się różne wyzwania, ale jestem przekonana, że w takiej atmosferze i przy takim podejściu sprostanie im będzie znacznie łatwiejsze :)

  • Magdalena

    No cóż ! Słów brak … Strzał lepszy niż „6” w „Totka”. Pogratulować studentom i Ich Staruszkom … 🤗🤗🤗

    • Cynamon & Chiltepes

      Warto było poczekać! :)

  • Paweł

    Heh!
    Uśmiech mi się pojawił pod nosem jak czytałem kawałek o Soni i nowych koleżankach. Pierwszego dnia po szkole w Paryżewie wracam do domu a Ziutek cały w skowronkach podbija do mnie i od drzwi woła „Tato!!! Mam nowego kolegę!”. W duszy mi zagrało, oczyma wyobraźni ujrzałem Chóry Anielskie wyśpiewujące „Alleluja!” no i w ogóle (bo mieliśmy takie zgryz jak kurczaki bez znajomości francuskiego sobie poradzą…). Ale wrzucam na powagę i mówię, że super i jak kolega ma na imię? „Abdullach” pada z ust mojego syna. Noooo nie będę udawał, że mój entuzjazm nieco opadł, a wizja świetlanej przyszłości poszła szybko w niepamięć…. Nieco później okazało się że Abdullah miał tak mniej więcej 13 lat i wąsa pod nosem. Ale Ziutek jego ziomkiem był. Trochę się znajomość urwała (na co specjalnie nie narzekaliśmy) gdy Abdullah poszedł do gimnazjum (co nastąpiło po kilu miesiącach od naszego przyjazdu). Ale jakoś dramatu (szczególnie u nas) nie było :P

    • Cynamon & Chiltepes

      No, u nas koniec roku był okupiony płaczem i stękaniem, bo koledzy i koleżanki, bo panie… Nie ukrywam, że jestem zaskoczona, ale i bardzo się cieszę, że tak szybko nawiązali przyjaźnie i że tak dobrze zostali zaopiekowani przez wychowawczynie :)



Cynamon & Chiltepes 2015