Sielanka o domu

Sierpień 16 2017, 2 Comments

Od ostatniego wpisu, przeznaczonego bezpośrednio na bloga, minęło wiele miesięcy. Dlatego postanowiłam zrobić dziś małe podsumowanie tego czasu.

7 kwietnia upłynął rok od momentu, w którym całe nasze dotychczasowe życie przewróciliśmy do góry nogami i przeprowadziliśmy się do stolicy Katalonii. To był czas obfitujący w nowe doświadczenia, w większości pozytywne, ale też i trudne.

Szukam, szukania mi trzeba…

Pierwsze miesiące po przeprowadzce upłynęły pod znakiem adaptacji, zachłyśnięcia się radosną atmosferą i życzliwością mieszkańców naszego nowego miasta. Rok szkolny rozpoczęliśmy (i zaraz zakończyliśmy, bo wszak był to maj…) bardzo pozytywnie, a chwilę później zaczęły się wakacje, podczas których przyjmowaliśmy kolejnych gości z Polski i cieszyliśmy się wszystkim tym, co do zaoferowania ma południowa nadmorska metropolia. Euforia jednak nie trwa wiecznie i wreszcie przyszedł czas zmierzenia się z rzeczywistością życia na emigracji.

Ta rzeczywistość szczególnie mocno uderzyła mnie. Dzieci wróciły do szkoły, męża zaprzątała praca, ja akurat swoją musiałam w międzyczasie zmienić – i kiedy adrenalina związana z przeprowadzką i wszystkimi zmianami opadła, boleśnie zaczęłam odczuwać samotność. W Polsce została cała moja rodzina (poza tą najbliższą, czyli mężem i dziećmi), z którą łączą mnie bardzo silne więzy, oraz bliscy, w tym wieloletnie przyjaciółki, które z upływem lat stały się dla mnie niemal jak siostry. Do tego doszło jeszcze nagłe pogorszenie stanu mojej chorującej od lat mamy. Wszystko to razem sprawiło, że zaczęłam zadawać sobie pytania: co ja u licha najlepszego zrobiłam? Czy to była dobra decyzja? Czy rzeczywiście mogę nagle, mając ponad trzydzieści lat na karku, znaleźć swoje nowe miejsce na ziemi? Czy będę umiała być tu szczęśliwa?

Im więcej zadawałam sobie tego typu pytań, tym więcej miałam wątpliwości, tym gorzej się czułam, tym większy był mój smutek i tym głębsza samotność. Cierpiałam ja i cierpiała też moja rodzina, której nie byłam w stanie dać tyle od siebie, ile potrzebowali, skupiona na swojej samotności i swoim bólu.

Jestem zbieraczem głosów

W grudniu polecieliśmy do Polski, by spędzić Boże Narodzenie i Nowy Rok z rodziną i bliskimi. Ten czas był mi bardzo potrzebny – nie tylko po to, by spotkać się z ludźmi, których kocham, poczuć ich bliskość, wygadać się, nacieszyć ich obecnością i pozwolić wreszcie popłynąć powstrzymywanym tyle czasu łzom tęsknoty. Nie tylko po to, by naładować emocjonalne baterie na czas kolejnego rozstania. Nie tylko po to, by odwiedzić znajome kąty, wdychać ich zapach i podziwiać ich barwy. Najbardziej chyba po to, by przekonać się, że wszystko w moim dawnym domu jest na swoim miejscu i działa jak należy, choć mnie nie ma. I żeby wreszcie poczuć, że choć na zawsze zostanie tu kawałek mojego serca i jakaś cząstka mojej duszy, to jednak już jest właśnie to: mój dawny dom. Potrzebowałam poczuć tęsknotę za moim nowym domem, za ludźmi tutaj, za miejscami, które zdążyłam tu oswoić. Przekonać się, że jednak nauczyłam się kochać mój nowy dom – już nie tę idealizowaną przez lata Barcelonę, miasto morza, słońca, palm, muzyki i radości, ale dom, w którym przez najbliższe lata będzie żyć moja rodzina, gdzie będą dorastać moje dzieci, dojrzewać moje małżeństwo i kiełkować nowe relacje.

Jestem zbieraczem głosów. Moje życie zawsze było ich pełne. Rewolucyjna zmiana, którą przeprowadziłam w swoim życiu sprawiła, że nagle zapadła cisza. Ten czas był mi jednak potrzebny, by usłyszeć nowe głosy, ale też na nowo usłyszeć te stare, ukochane. Cisza jest dobra, jeśli nauczymy się w nią wsłuchiwać.

Zaproszę dzień i noc

Spoglądam wstecz na ten ostatni rok i widzę, że był on właśnie taki, jaki miał być. Był bardzo mój. Całe moje życie i mój charakter to nieustająca sinusoida, i ten rok adaptacji do nowego życia wyglądał dokładnie tak samo. Była początkowa euforia, była otchłań samotności i tęsknoty. I dobrze. Był dzień, była noc. Nauczyłam się, jak je ze sobą pogodzić w moim nowym domu.

Przeżycie tego roku musiało odbyć się we mnie i w mojej wspólnocie: rodzinnej i najbliższych przyjaciół. Stąd też wielomiesięczna przerwa w pisaniu na blogu. Jednocześnie teraz, kiedy mam za sobą trudny etap, kiedy udało mi się pewne emocje przepracować, chciałam się tym podzielić. Bo może akurat gdzieś tam siedzi jakaś osoba, która przeżywa podobne trudności, podobne emocje. I może potrzebuje usłyszeć, że one nie są złe, że są potrzebne i że może wypłynąć z nich dobro. I że życie na emigracji będzie się składało z takich właśnie dni i nocy – i niezmiennie, po każdej nocy dzień jednak nadejdzie.

Bo taki będzie mój dom

Trwają właśnie nasze kolejne wakacje. Rok szkolny zamknęliśmy z ogromną satysfakcją: dzieciaki zaadaptowały się fantastycznie, wręcz powyżej naszych nadziei i oczekiwań. Nawiązały nowe przyjaźnie, oswoiły miejsca, nabrały niesamowitej pewności i biegłości językowej. Nauczyciele są z nich dumni – nie dlatego, że mają jakieś niezwykłe osiągnięcia naukowe, ale dlatego, że potrafiły szkołę uczynić swoją. Do tego stopnia, że nowe dzieci, które pojawiły się w trakcie trwania roku szkolnego, garnęły się właśnie do nich i w nich szukały oparcia. I to jest chyba źródło naszej największej dumy i satysfakcji.

Mój mąż czuje się spełniony i doceniony w pracy, ale też jest szczęśliwy, bo ma więcej czasu i dobrych emocji dla nas. Na tyle, na ile pozwalają nam na to finanse, dopieszczamy nasze – bo choć wynajmowane, to jednak traktujemy je jak nasze – mieszkanie, by dla całej naszej siódemki było ono prawdziwym domem. Po raz pierwszy też mieliśmy możliwość ugoszczenia taty i brata mojego męża – wydarzenie niezwykle ważne w życiu naszej rodziny, bo Dziadek i Stryj po raz pierwszy spotkali się na żywo z naszymi dziećmi – i nie obyło się bez łez. Ważne też dlatego, że było punktem zwrotnym w relacji między moim mężem i jego rodziną, momentem poproszenia o wybaczenie i wybaczenia, nową szansą na odbudowanie mocno nadwątlonej przez różne okoliczności więzi.

Ja szukam :) Zaangażowałam się w życie szkoły. Nawiązałam nowe znajomości wśród sąsiadów. Spotykamy się, wpadamy z wizytą, zapraszamy gości. Ku naszej ogromnej radości, odwiedzają nas też nasi bliscy z Polski. Zbieram nowe głosy i pielęgnuję dotychczasowe. I próbuję odkryć, kim chcę zostać, jak dorosnę :)

Tytuł i śródtytuły pochodzą z tekstu piosenki grupy Wolna Grupa Bukowina pt. „Sielanka o domu” autorstwa Wojciecha Bellona

Autorem wszystkich zdjęć jest Mój Mąż





  • Ula Rud

    Gosiu, buziaczki i uściski z daleka, ale tez z bliskiej wielodzietnej rzeczywistości.

    • Brygida

      Oj Gośka! Pięknie zebrałeś to wszystko, co w duszy gra!
      Dodam, może na „pociech”, że odległość od najbliższych, ojczyzny też ma znaczenie, więc będąc bliżej, łatwiej znosić te trudy, bolączki. Taką my mamy perspektywę. Pozdrawiam Brygida



Cynamon & Chiltepes 2015