“Sekrety Morza” – baśń, którą się czuje

Maj 23 2015, 0 Comments

Jeśli jeszcze nie widzieliście irlandzkiej baśni “Sekrety Morza” Toma Moore’a, autora i reżysera „Sekretu księgi z Kells”, koniecznie idźcie do kina. Po obejrzeniu tej cudownej animacji po prostu nie wychodzi się z kina takim samym.

Jest to chwytająca za serce opowieść o miłości, stracie, uczuciach i rodzinie, z celtycką mitologią w tle. Narysowana przepiękną kreską, zrealizowana w tradycyjnej animacji, stanowi absolutną ucztę wizualną. Towarzyszy jej równie cudowna muzyka Bruno Coulaisa, która potęguje nastrój magii, melancholii i baśniowości. Film dopracowany jest w najdrobniejszym szczególe: piosenki śpiewane są w języku irlandzkim (Gaeilge), który sam w sobie brzmi jak któryś z języków elfickich, co czyni świat pokazany w tym obrazie jeszcze bardziej magicznym.

Najważniejsza jednak jest tu w niecodzienny sposób opowiedziana historia: historia rodzeństwa, które musi uporać się ze stratą, z niemożnością porozumienia, z targającymi ich i ludzi wokół emocjami.

To baśń, która nikogo nie pozostawia obojętnym. Wzrusza i porusza do głębi. Kiedy w kinie po seansie zapaliło się światło i przez zamazane łzami okulary rozejrzałam się wokół, płakali wszyscy, duzi i mali. Nie tylko dlatego, że sama opowieść chwyta tak mocno za serce, ale też dlatego, iż poprowadzona jest w taki sposób, by dać widzowi czas na uczucia. To jeden z niewielu filmów, zwłaszcza w kinie animowanym, który nie tylko się ogląda, ale i czuje, i to bardzo mocno.

Czuję się jednak w obowiązku zaznaczyć, że jeśli na ten film idzie się z dzieckiem, nie można go potem z tą treścią zostawić. Podobnie jak bohaterowie, dziecko samo w większości przypadków sobie z emocjami wywołanymi przez tę opowieść nie poradzi. Ja byłam na seansie z trójką starszych dzieci, które mają dziewięć, siedem i pięć lat, i film stał się dla nas punktem wyjścia do długiej, bardzo dla całej naszej czwórki dobrej rozmowy o uczuciach. Cała trójka spłakała się mocno, więc jeszcze nim wyszliśmy z kina dłuższą chwilę się przytulaliśmy i koiliśmy emocje, które ta baśń wyciągnęła z nas wszystkich na wierzch. Przyznam szczerze, że gdybym szła na ten film drugi raz, prawdopodobnie nie zabrałabym jednak Laury – wydaje mi się, że dla pięciolatki był on jednak nieco za trudny i pośród wielu innych emocji, wywołał w niej też lęk o… rodzeństwo. Przy mądrym, empatycznym towarzyszeniu rodziców, jest to jednak film, który może być wspaniałym doświadczeniem zarówno dla nich, jak i dla dzieci.







Cynamon & Chiltepes 2015