Przepis na katastrofę ;)

Luty 9 2015, 1 Comments

Uwaga! Tekst z przymrużeniem oka!

W przypływie jakiegoś obłędu, a przynajmniej umysłowego zaćmienia, wpadliśmy na genialny pomysł urządzenia w domu siódmych urodzin najstarszej córki. Sonia sama wyprodukowała zaproszenia, wymyśliła, co będzie z koleżankami robić. Nie wiedzieliśmy do końca, czego się spodziewać, bo pierwszy raz miał się u nas odbyć spęd sześcio- i siedmioletnich dziewczynek, ale Sonia tak się cieszyła, że w sumie byliśmy nawet podekscytowani.

Dani, nasz ośmioipółletni syn, okazał się bardziej przewidujący od nas i od razu zapowiedział, że on się zmywa – i faktycznie, pół godziny przed planowanym startem imprezy zdezerterował do kolegi. Nam, niestety, nie wypadało iść w jego ślady ;) Skoro powiedzieliśmy A, to trzeba było wydukać resztę alfabetu i stawić czoło bandzie pierwszoklasistek :)

W zasadzie mogło być gorzej – nie było żadnych zniszczeń. Skakanie z piętrowych łóżek naszych dzieci zakończyło się raptem jednym guzem, gonitwa w tę i z powrotem z wrzaskiem po schodach nie spowodowała ataku serca u pięciomiesięcznego Diego ani wzywania policji przez sąsiadów, obyło się bez ofiar w ludziach, zabawy nie przetrwała tylko jedna para rajstop u jednej z dziewczynek, a kopnięta przez inną z całej pary piłka szczęśliwie minęła o kilka cm mój laptop.

Trudniej powiedzieć, jakie powstały szkody emocjonalne. Nastawiliśmy się na różne warianty przebiegu imprezy, ale naiwnie przyjęliśmy założenie, że skoro spotyka się grupka najlepszych przyjaciółek z klasy, to nawet, jeśli będą rozrabiać, to zgodnie. Nie mogliśmy się bardziej pomylić ;)

Po upływie mniej więcej godziny panny podzielone były na dwie frakcje, każda frakcja chciała jubilatkę przeciągnąć na swoją stronę i przekonać, że ma trzymać i bawić się z nimi, a nie z „tamtymi”. Jedna podgrupa zamknęła się w pokoju dzieci, druga w łazience. Między nimi krążyła niczym wolny rodnik jedna z dziewczynek, która uznała, że lepszą zabawą będzie dokuczanie to jednym, to drugim, i napuszczanie ich na siebie nawzajem. Sonia z lekkim popłochem w oczach próbowała towarzystwo zebrać z powrotem do kupy i wymyślić jakąś wspólną zabawę. Po kolejnych kilkunastu minutach frakcja „łazienkowa” przyszła do nas, żądając zadzwonienia po rodziców, bo one już nie chcą się tu dłużej bawić, a Sonia wybuchnęła płaczem.

Do tej pory trzymaliśmy się z boku, jako że wyznajemy zasadę, iż pozwalamy dzieciom samym załatwiać swoje sprawy. Jednak szloch naszej córki w środku jej własnej imprezy urodzinowej sprawił, że uznaliśmy, iż pora na interwencję. Po utuleniu Soni podjęłam próbę negocjacji z rozżaloną ekipą łazienkową, ale wywołałam jedynie lawinę skarg na grupę pokojową, więc zmieniłam strategię. Chwyciłam się metody poznanej w książce i na warsztatach „Jak słuchać, żeby dzieci mówiły, jak mówić, żeby dzieci słuchały”: wysłuchałam, użaliłam się nad ich emocjami i w jakimś rozpaczliwym przebyłysku geniuszu rzuciłam, że pewnie fajniej byłoby, jakby mogły wszystkie razem na przykład potańczyć – i ten manewr pozwolił ugasić pożar ;) Kiedy pojawili się rodzice, żeby odebrać swoje pociechy, pierwszoklasistki bawiły się znów zgodnie i w dobrych humorach.

Było doświadczenie, są i wnioski:

1. Nie warto urabiać się po łokcie w kuchni: żadne z rodziców nie przyjęło zaproszenia na kawę (teraz już wiemy, dlaczego ;) ), a małolaty wciągnęły paluszki, suche herbatniki i rurki z kremem, a na owoce, kanapeczki, koreczki, roladki etc. nawet nie spojrzały ;)

2. Jak się zaprasza taką ekipę, to lepiej jednak nie puszczać jej na żywioł i przygotować sobie zestaw zabaw i animacji, który pozwoli uniknąć biegunki głupich pomysłów oraz focha;

3. Domownikom o słabszych nerwach (starszy brat, dwuipołletnia siostra, niemowlę) lepiej zorganizować alternatywną formę spędzenia czasu. Z braku bunkra, w którym mogliby się zaszyć, wysłać choćby do dziadków ;)

4. A najlepiej zapomnieć o alergii na różnego rodzaju sale zabaw i kulkownie, i całe towarzystwo upchnąć tam, niech roznosi cudzy lokal, a my potem z lekkim sercem (i jeszcze lżejszym portfelem) wracamy do domu, bez konieczności dochodzenia do siebie przez kolejny tydzień ;)





  • ula

    Też raz zdecydowałam się urządzić imprezkę dla 6-latek (10 sztuk) w domu, było wspólne malowanie, zabawa balonami, bawiły się lalkami,na końcu oglądały film, potem wszystko było w brokacie przez najbliższe tygodnie. Tylko błędem było zapraszanie na godzinę i odbieranie na konkretna godzinę- wszyscy przyszli na raz- co jest ponad możliwości naszej windy i korytarza. lepiej powiedzieć „około”, „od-do”. Drugi raz urządzałam w domu dla 8-latek , ale to było już płatne z „małego naukowca”. Niestety albo płacę i mam spokój , albo cierpię i sprzątam. Nie mam charyzmy, żeby zabawiać tabuny dzieciaków. Ale tez nie mam kasy, żeby każdemu urządzać w sali zabaw lub jakimś innym pełnym atrakcji miejscu. Musze wymyślić jakiś złoty środek, bo znowu sezon urodzin przed nami. Ewentualnie może zapraszać 4-5 osób i stosować selekcję, nie będzie to mile widziane, ale łatwiejsze do ogarnięcia. Ech , za „moich ” czasów… mi Mama raz wyprawiła w domu dla koleżanek, do tej pory pamiętam. Obawiam się, ze apetyty moich dzieci na imprezowanie będą rosnąc i będą coraz bardziej wyrafinowane, dlatego może trzeba zadziałać w zarodku…



Cynamon & Chiltepes 2015