Pięć cudów świata

Kwiecień 30 2016, 5 Comments

Już dobry czas temu Alicja z mataja.pl poprosiła mnie, żebym zamieściła wpis o moich porodach. W międzyczasie wzięłam udział w obchodach Światowego Dnia Wcześniaka i w ramach tychże napisałam tekst na facebookową stronę szpitala, w którym urodziłam moją piątkę, warszawskiego Szpitala św. Zofii. Po przeczytaniu go doszłam do wniosku, że po paru modyfikacjach to w sumie gotowy wpis na bloga :) i niniejszym spełniam prośbę Alicji.

Tak się jakoś złożyło, że z mojej piątki czwórka przyszła na świat przed czasem – jakaś taka moja uroda.

Nasz pierwszy synek, Daniel, obecnie fantastyczny, bardzo wrażliwy dziesięciolatek, urodził się w 36 tygodniu ciąży. Pamiętam, że około 19:00 niespodziewanie odeszły mi wody, byłam przerażona, bo przecież jeszcze miał być tyle czasu w środku! Tym bardziej, że to była moja pierwsza ciąża, nie miałam pojęcia, co nastąpi dalej, bałam się, że w związku z tym, że zostało jeszcze tyle czasu do terminu porodu, coś jest albo pójdzie nie tak. Błyskawicznie pojechaliśmy do szpitala św. Zofii (nawet nie dopuszczałam do siebie myśli, że miałabym rodzić gdzie indziej). W szpitalu był tłok, ale ze względu na zaawansowaną już wtedy akcję porodową zostałam szybko przyjęta. Mimo moich obaw poród jednak przebiegł bardzo sprawnie, bez problemów i dość szybko – zanim namyśliłam się, że chcę znieczulenie, było już za późno i urodziłam bez. To był rok 2006, plany porodów nie były jeszcze wtedy powszechną praktyką, mimo uczestnictwa w szkole rodzenia i wiedzy o tym, co może ulżyć w bólu i usprawnić akcję, spanikowałam ;) i rodziłam na leżąco. Na szczęście nie spowolniło to jakoś znacząco porodu i już po 3 godzinach miałam mojego malutkiego (2600 g) synka w ramionach. Niedługo, bo był bardzo wyziębiony i zapadła decyzja o położeniu go do inkubatora. Wyszedł z niego po dwóch dobach, ale pojawiła się żółtaczka fizjologiczna (co, podobnie jak przedwczesne porody, miało się okazać naszą regularną przypadłością ;) ), dość wysoka, do tego mały bardzo spadał na wadze, dlatego pozostał na oddziale patologii jeszcze przez kolejne 5 dni. Ja zostałam w szpitalu, karmiąc go i przytulając, kiedy tylko było to możliwe. Wtedy dowiedziałam się również czegoś o sobie: że będę bardzo, bardzo źle znosić psychicznie pobyty w szpitalu. Nie potrafiłam panować nad niepokojem i łzami, ale zarówno lekarze, jak i położne i pielęgniarki wykazywały ogromne zrozumienie, życzliwość i ciepło – widać nie pierwszy raz miały do czynienia z takim rozdygotanym emocjonalnie przypadkiem ;)

Po 7 dniach wróciliśmy do domu. Dani był cudownym niemowlęciem, bezproblemowym, niemal bezobsługowym, niepłaczącym. Do dziś jest najspokojniejszym z moich dzieci. Obecnie jest w czwartej klasie, dobrze się uczy, uwielbia czytać i grać w piłkę, jest bardzo pogodny, wrażliwy, i niesamowicie opiekuńczy wobec młodszego rodzeństwa :)

Moja najstarsza córka, Sonia, obecnie ośmiolatka, jest moim jedynym dzieckiem urodzonym o czasie, zaraz jak tylko wybił 38 tydzień :) Tym razem wszystko przebiegaało inaczej: o czasie, spokojnie, w o wiele mniejszym stresie, choć równie szybko. Pomna poprzedniego doświadczenia doszłam do wniosku, że jak raz dałam radę urodzić bez znieczulenia, nie ma powodu, żebym nie dała ponownie, i Sonię, a także wszystkie pozostałe dzieci, urodziłam siłami natury i bez znieczulenia. Mała urodziła się zdrowa i, jak się miało okazać, duża jak na moje dziecko, bo ważąc aż 3030 g :) Ośmiodniowy pobyt „żółtaczkowy” w szpitalu nas nie ominął, podobnie jak moje szlochy, tym razem wynikające głównie z rozdarcia między chęcią bycia z córeczką a tęsknotą za malutkim przecież jeszcze wtedy synkiem w domu. Ciąg dalszy również okazał się przeciwieństwem tego, co znaliśmy z poprzedniego razu: okres niemowlęcy naszej pierwszej córeczki był dla nas ogromnym wyzwaniem. I skorygował nasze dobre samopoczucie odnośnie naszych umiejętności rodzicielskich ;) okazało się, że to nie nasza zasługa, że Dani jest taki spokojny i niekłopotliwy, po prostu mieliśmy szczęście :D Sonia, oprócz problemów neurologicznych, zafundowała nam cały przekrój niemowlęcych i wczesnodziecięcych atrakcji: wielokrotne nocne pobudki, problemy z brzuszkiem, refluks, „bunty”. Ale była też, i nadal jest, cudownie ciepła, oddana, wrażliwa i serdeczna.

Nieco ponad dwa lata później historia z pierwszej ciąży się powtórzyła. Niespodziewane odejście wód w 36 tygodniu (zaraz po tym, jak starszaki przeszły ospę, a mąż znalazł się w szpitalu – kochana mała, przynajmniej odczekała, aż wszyscy będą w domu i zdrowi ;) ), jazda „na sygnale” do szpitala, błyskawiczny poród (40 minut) – nie zdążyłam nawet wejść do wanny z wodą. Robiłam przysiady przy drabince, żeby ulżyć sobie przy skurczach, i za którymś przykucnięciem już nie wstałam :) Nasz anioł, kochana położna, Łucja, zapewniła Laurze „miękkie lądowanie” łapiąc ją, sama w wybitnie niewygodnej pozycji. Ten poród zapamiętam głównie z tego, że zbiegł się w czasie z rekonwalescencją po ciężkiej chorobie mojego męża – był wtedy z nami, ale sam bardzo osłabiony, nie mógł nam pomóc tak bardzo, jakby chciał. Na wysokości zadania stanęły wówczas jednak nasza położna oraz asystująca jej studentka, która wspierała mnie tam, gdzie mąż nie mógł. Mała, choć też urodzona przedwcześnie, była silniejsza niż brat, inkubator nie był potrzebny, ale naświetlanie żółtaczkowe nas nie ominęło. Tradycyjny tydzień w szpitalu – czułam się już niemal jak rezydentka ;) Kiedy wychodziłyśmy i poszłam, jak zawsze, do pokoju lekarskiego, podziękować za opiekę, pan doktor puścił do mnie oko, pytając: „Dużo pani jeszcze tych dzieci planuje?”. Odpowiedziałam, myśląc wtedy, że żartem: „Do zobaczenia za dwa lata!” :)

Niemal równo dwa lata później wpadaliśmy znów jak po ogień na porodówkę, bo Andrea postanowiła nie być gorsza niż rodzeństwo, a co :) I w 36 tygodniu rozpoczęła ewakuację. Muszę powiedzieć, że to był mój najpiękniejszy poród. Niemal natychmiast władowałam się do wanny – nauczona poprzednim doświadczeniem wiedziałam, że nie ma na co czekać – i to był strzał w dziesiątkę. Ból zmniejszył się znacznie, woda przyjemnie łagodziła skurcze, a potem nastąpiło to, co wspominam jako najpiękniejsze doświadczenie całego mojego życia: stojąc na czworaka w wannie, zobaczyłam po raz pierwszy (bo po raz pierwszy w tak dogodnej pozycji i dzięki wodzie nieskupiona tak bardzo na skurczach i bólu), jak rodzi się moje dziecko :) Czarny, kudłaty łepek, a za nim maluśkie ciałko, które w wodzie łapał mój mąż – spłakałam się ze wzruszenia. Andrea postanowiła dać mi jeszcze jeden prezent – jako jedyne z moich dzieci nie zżółkła, i już po 3 dniach (!) mogłyśmy wracać do domu, do stęsnionego taty, brata i sióstr :)

Nasz najmłodszy synek, Diego, zafundował nam chyba najwięcej stresu. Byliśmy przygotowani na poród w 36 tygodniu, przyjęliśmy to już jako pewną normę. Pod tym kątem układaliśmy wszystko z „naszą” Łucją, położną. Jednak już w 32 tygodniu zaniepokojony pan doktor wysłał mnie do szpitala, bo szyjka niebezpiecznie się skróciła, a maluch zaczął napierać. W szpitalu zostałam dokładnie zbadana, jednak jeszcze tym razem wróciłam do domu, z przykazem absolutnego leżenia (taa, przy czwórce dzieci ;) ). Starałam się jak mogłam ograniczyć aktywność fizyczną, jednak dwa tygodnie później znalazłam się na oddziale patologii ciąży. Plan był taki, żeby spróbować jeszcze małego przetrzymać te dwa tygodnie, do 36 tc. Wytrzymał 3 godziny ;) Po 3 godzinach od przyjęcia na oddział dostałam skurczy, szczęśliwym trafem Łucja mogła się nami zająć (jeszcze parę godzin wcześniej odbierała poprzedni poród!). Sam poród znów przebiegł szybko i bezproblemowo. Niestety, malutek urodził się niewydolny oddechowo i pani doktor zdecydowała o podłączeniu go do respiratora. Musiałam więc rozstać się z nim. Ja poszłam na salę poporodową, on do inkubatora i pod respirator.

Okazał się bardzo waleczny. Już po dwóch dobach zaczął oddychać samodzielnie. Niestety, zapalenie płuc, spadek wagi i poziomu cukru oraz nasza dobra znajoma – żółtaczka – zatrzymały nas w szpitalu jeszcze przez tydzień. Wtedy dla mnie aż tydzień. Obiektywnie patrząc – zaledwie tydzień.

Wiem, że miałam ogromnie dużo szczęścia i że Opatrzność ewidentnie czuwała nad nami. Żadne z moich dzieci nie doświadczyło poważnych komplikacji związanych z przedwczesnym porodem. Dziś mam w domu niesamowicie fajną, roześmianą, rozkrzyczaną, a przede wszystkim zdrową i niesamowicie kochającą się drużynę: Dani ma 10 lat, Sonia 8, Laura 6, Andrea 4, a Diego w sierpniu skończy 2 latka. Starszaki chodzą do szkoły, dwie młodsze do przedszkola (w systemie hiszpańskim tak naprawdę do szkoły, bo edukacja przedszkolna i szkolna są tu zintegrowane i odbywają się w jednej placówce, Laura od września zaczyna tzw. edukację podstawową). Doceniam ciszę, która jest w domu, kiedy ich nie ma, ale znacznie bardziej kocham ten gwar i chaos, kiedy wszystkie się zejdą. A ilekroć wspominam te chwile, kiedy przychodziły na świat, wszystkie moje lęki i niepokoje, z wdzięcznością myślę o położnych, pielęgniarkach, lekarzach ze szpitala św. Zofii. Nie mamy wiele, ale mamy wszystko, o czym moglibyśmy marzyć – i to między innymi dzięki tym wszystkim ludziom. Już do końca życia będę miała w sercu wdzięczność dla nich i będą w moich modlitwach.

Na zdjęciu: ja i Dusia (Andrea), 3 tygodnie po jej narodzinach, zdjęcie zrobione przez Magdalenę Majchrzak-Oberiko :)





  • Magdalena

    Co prawda – bezpośrednio w tych wydarzeniach /na szczęście/ nie uczestniczyliśmy,, ale pośrednio udział udało się wziąć, czy to przez zajęcie się dziećmi, czy też przez dowóz do szpitala /na zmianę z Krzysiem/, ale do końca dni moich będę pamiętąć te kolejne 2-dniowe „pisklaki”, takie maciupkie, z główkami niewiele większymi od dużej mandarynki, ale solidnie czarno owłosionymi … I tę opiekę zaoferowaną mojej Córce – co najmniej jakby była VIP-em z Kartą Stałego Klienta … ❤️❤️❤️❤️❤️

  • Gosiu, jak pięknie to opisałaś. Ja na finiszu rozwiązania drugiego łapczywie pochłaniam pięknie i dobre opowieści porodowe. :)

    • Cynamon & Chiltepes

      Trzymam mocno kciuki, żeby to było równie piękne przeżycie! :) No i powodzenia w kroczeniu drogą podwójnego macierzyństwa!

  • Ola

    Moja pierwsza córka też jest wcześniakiem. Urodziła się w 34 tygodniu ale ze względu na bardzo małą masę ciała (1630g), infekcje, brak chęci do jedzenia-co zostało jej do dziś oraz przedłużająca się żółtaczkę spędziła w szpitalu równe cztery tygodnie. Niedługo chciałabym mieć kolejne dziecko ale obawiam się powtórki.

    • Cynamon & Chiltepes

      Ja też obawiam się powtórki… Ze względu na to przede wszystkim, że ostatnie porody u mnie były coraz wcześniejsze i coraz szybsze, i boję się po prostu o to, co wydarzyłoby się tym razem. A największy strach we mnie budzi perspektywa ewentualnej ciąży mnogiej – no bo jak nie jestem w stanie donosić jednej sztuki, to co dopiero większej ilości? Dlatego pewnie na kolejne już się nie zdecydujemy.



Cynamon & Chiltepes 2015