On

Luty 14 2015, 3 Comments

Walentynki natchnęły mnie, by napisać dziś o Nim. Bo bez Niego to wszystko, co robię, czego pragnę, do czego dążę – byłoby niemożliwe. Bez Niego nie byłoby naszej wpaniałej rodzinki. On jest moją opoką, moim wsparciem w trudnych chwilach, moim wspólnikiem w radościach, przyjacielem, bratnią duszą, moją miłością i inspiracją.

Jest moim kochanym mężem i wspaniałym tatą naszych dzieci.

Wybierając Go na towarzysza życia wiedziałam, że wybieram trudną ścieżkę: partner z innego kraju, mówiący innym językiem, który wprawdzie znałam, ale to i tak podnosi poprzeczkę w sytuacjach tzw. docierania się, gdy czasem nawet z rodakiem trudno się porozumieć. On wybrał ścieżkę jeszcze trudniejszą: życie w zupełnie innym kraju i kulturze, nauka koszmarnie trudnego języka, szukanie pracy na mocno nieprzyjaznym rynku, i w tych utrudnionych warunkach – budowanie czegoś, z czym przez większość swojego życia nie miał do czynienia: rodziny. Bez żadnych wzorców, opierając się wyłącznie na tym, co czuje.

W zeszłym roku świętowaliśmy dziesiątą rocznicę ślubu. Przypieczętowały ją narodziny – nieco przedwczesne – naszego najmłodszego synka. Mój Mąż zdążył w tym czasie nauczyć się naszego języka, znalazł dobrą pracę, otrzymał polskie obywatelstwo. Za nami wiele trudnych chwil, między innymi Jego ciężka choroba, ale też wiele niezwykle pięknych, z których najcudowniejsze to niewątpliwie narodziny każdego z piątki naszych dzieci. Nie ma co ściemniać, nie zawsze jest różowo, oboje mamy silne charaktery, ale nauczyliśmy się już siebie na tyle, by wiedzieć, jak się nie zgadzać, nie walcząc przy tym ze sobą.

Nie mogłabym sobie wyobrazić bardziej lojalnego, troskliwego i kochającego partnera, ani też lepszego, bardziej oddanego ojca dla moich dzieci. Niedługo po narodzinach Diego, V. pojechał na bardzo ważny dla niego kilkudniowy kurs do Wrocławia, a w tym czasie nasze młodsze dziewczynki się rozchorowały. Bardzo starałam się ogarnąć chaos, który w tym czasie nastąpił, ale prawda jest taka, że w którymś momencie, między podawaniem leków, praniem pościeli po nocnych sensacjach żołądkowych, ogarnianiem szkoły starszaków i karmieniem co półtorej godziny małego, po prostu się rozsypałam. Mimo, że do końca kursu został mu jeszcze cały dzień, mój Mąż na mój płacz wieczorem w słuchawkę zareagował natychmiastowym złapaniem pierwszego pociągu powrotnego do Warszawy i nad ranem, nim dzieci jeszcze się obudziły, był już z nami.

Łączy w sobie siłę, która daje nam poczucie bezpieczeństwa, i delikatność, która buduje naszą bliskość. Ma w sobie mądrość i pokorę, które pozwalają mu przyznać się do błędu i zań przeprosić – również dzieci. Jest czułym, troskliwym, cierpliwym tatą, uwielbianym przez dzieci bezgranicznie. Jest moim partnerem, zawsze przy moim boku, wszystko ze mną dzieląc. Był przy narodzinach każdego z naszych dzieci, każde z nich od pierwszych chwil pielęgnował; potrafił się znakomicie zająć domem i starszymi, kiedy ja po urodzeniu kolejnego malucha za każdym razem odbywałam tygodniową „odsiadkę” w szpitalu (nasze dzieci mają zwyczaj przychodzić na świat przed czasem i wymagają na początku specjalistycznej opieki).

Prawda jest taka, że bez naszego Kapitana, ten statek, którym jest nasza rodzina, nie utrzymałby kursu, a może nawet rozbiłby się o jakąś górę lodową i poszedł na dno. Dwa razy zdarzyło się, że nasze dzieci znalazły się w szpitalu: raz Dani z zapaleniem płuc i raz Laura po upadku ze schodów. Ja w takich sytuacjach wpadam w rozpacz i panikę – On trzyma mnie w pionie, a naszą rodzinę w kupie i nie pozwala, by nas coś przygniotło. Nawet gdy On sam leżał w szpitalu, bardziej On podtrzymywał na duchu mnie, niż ja Jego.

Nierzadko zdarza się, iż dowiadując się o tym, ile mamy dzieci, ludzie kręcą z niedowierzaniem głowami i mówią: ależ pani jest dzielna. Uśmiecham się wówczas, bo wiem, że tak naprawdę wcale nie jestem. Nie muszę być. Mam cudownego Męża, dzięki któremu posiadanie dużej rodziny nie jest aktem jakiejś szczególnej odwagi. Jest spełnieniem potrzeby serca nas obojga, które On, mój Mąż, uczynił możliwym.

Gracias por estar, mi vida. Te amo mucho.







Cynamon & Chiltepes 2015