Nie lubię szkoły

Luty 3 2015, 3 Comments

Szkolny PTSD

Od lat darzę szczerą, gorącą i niezmienną niechęcią polską szkołę. Ze swojej własnej mam głównie niemiłe wspomnienia, nie mam poczucia, żeby mnie szczególnie wiele nauczyła, poza umiejętnością skutecznego lawirowania, udawania, że wiem to, czego nie wiem i prześlizgiwania się jak najmniejszym kosztem przez sprawdziany. A i tak obiektywnie nie miałam tak źle – w liceum było kilkoro nauczycieli, których do dziś wspominam jako wspaniałych ludzi i pedagogów, i na których lekcje chodziłam z zainteresowaniem, a czasem nawet z przyjemnością (p. Marzenna Adamczyk i p. Dorota Korkozowicz – zaszczepiły we mnie miłość do wszystkiego, co hiszpańskie). Niestety, jedna jaskółka wiosny nie czyni, a te chlubne wyjątki nie czynią moich szkolnych wspomnień dużo lepszymi.
Zakończenie etapu edukacji było jedną z najradośniejszych chwil mojego życia. Szczerze zazdroszczę moim koleżankom, które jakimś cudem nie zniechęciły się tak jak ja i z entuzjazmem podejmują kolejne studia – we mnie po prostu wszystko się wzdraga. Chciałabym zdobyć nowe umiejętności, poszerzyć wiedzę i horyzonty, ale na samą myśl o powrocie do szkoły w jakiejkolwiek postaci wszystkiego mi się odechciewa i mleko kiśnie mi w cyckach.

Niestety, jak wiadomo, mając dzieci, prędzej czy później ze szkołą zetknąć się trzeba ponownie. Moja najstarsza dwójka: Dani (8,5 roku) i Sonia (7 lat) wkroczyła już w ten etap życia. A ja na nowo przeżywam frustrację naszym systemem edukacji. Tym większą, że od moich szkolnych czasów wiele się zmieniło – trochę na lepsze, dużo na gorsze. Na razie oboje są jeszcze na etapie edukacji wczesnoszkolnej (synek w trzeciej, córka w pierwszej klasie), więc obejmuje ich swoisty okres ochronny: tzw. kształcenie zintegrowane (czyli brak podziału na przedmioty, poza angielskim, religią, wuefem i zajęciami komputerowymi – a dwa ostatnie są z również prowadzone przez wychowawczynię, podobnie jak zajęcia kształcenia zintegrowanego), niewielu nauczycieli, brak ocen, duża wyrozumiałość wobec potknięć dzieci (typu: nieodrobiona praca domowa). Ale okres ochronny jest krótki, a pierwsze oznaki tego, co czeka nas od czwartej klasy, już się pojawiają, i już wywołują u mnie objawy zespołu stresu pourazowego.

Cel – upupić

Dla jasności – „nasza” podstawówka jest w porządku. Dzieciaki trafiły na naprawdę sensowne nauczycielki, szkoła ma bardzo ciekawą i obszerną ofertę dodatkowych zajęć – również bezpłatnych. Bardzo dba się o bezpieczeństwo dzieci i na tyle, na ile to możliwe, o ich komfort. Jak każda placówka, ma swoje minusy, ale ogólnie nie sama szkoła jest dla nas problemem.

Problemem jest system, którego ona jest częścią.

Może nie trafiałby mnie taki ciężki szlag, gdybym miała poczucie, że to targanie przeładowanych plecaków, ślęczenie nad kretyńskimi pracami domowymi (syn na angielski musiał ostatnio narysować i opisać cykl życiowy insekta – bo, jak wiadomo, umiejętność nazwania po angielsku poszczególnych stadiów życia muchy będzie mu kiedyś absolutnie niezbędna), siedzenie w ławkach i sikanie/jedzenie/odpoczywanie na gwizdek (sorry, na dzwonek) to poświęcenie w imię wyższego celu, jakim jest rozwój, to inwestycja w ich świetlaną przyszłość. Ale jakąkolwiek nadzieję na to zabił we mnie ubiegłoroczny test drugoklasisty, w którym jednym z zadań było napisanie kartki z życzeniami dla babci. Taka wprawka do dłuższych wypowiedzi pisemnych. Dani życzenia dla babci napisał. Fajne, od serca, ortograficznie i stylistycznie bez zarzutu. Zadania nie zaliczył, gdyż napisał niezgodnie z kluczem.

To jest to, co przeraża mnie najbardziej: że jedynym celem tego systemu, w jego obecnej postaci, jest upupienie młodych ludzi, wyprodukowanie maszynek wypełniających testy według klucza, które w prawdziwym świecie będą kompletnie bezradne i niesamodzielne. Mało tego, w międzyczasie podkopane zostaną jeszcze ich wiara w siebie i poczucie własnej wartości, ukrócone jakiekolwiek przejawy samodzielnego myślenia (bo generalnie szkoła nie wie, co z takimi przejawami zrobić, więc lepiej je zdusić w zarodku). I ci młodzi ludzie wejdą w dorosłe życie nie z nastawieniem, że idą podbijać świat, ale że muszą znaleźć jakikolwiek sposób, by w tym świecie przetrwać, nim on ich połknie i wypluje.

Idzie nowe

Tak naprawdę mogłabym książkę napisać o tym, dlaczego nie cierpię naszego systemu edukacji, dlaczego uważam, że ten system uwstecznia, dołuje, zabija wszelką ciekawość, kreatywność i indywidualizm. Ale mądrzejsi ode mnie już to zrobili. A nieco bardziej ode mnie przedsiębiorczy i waleczni systemowi temu postanowili się postawić. I ku mojej ogromnej radości, pojawiają się w Polsce kolejne szkoły demokratyczne. Szkoły, w których dziecięcą ciekawość świata się pobudza, dziecięcy głód wiedzy podsyca, w których zamiast podcinać skrzydła, pokazuje się młodym ludziom, jak wysoko mogą wzlecieć. Szkoły, w których szanuje się ich wybory, ich decyzje i ufa się im. Jedna z tych szkół, Wolna Szkoła na południowym krańcu Warszawy, jest szczególnie bliska mojemu sercu, bo miałam szczęście obserwować jej początki i uczestniczyć w jej powstawaniu.

Nasz entuzjazm wobec przeniesienia dzieci do szkoły demokratycznej studzą… same dzieci. Od początku w publicznych, osiedlowych placówkach, związały się emocjonalnie z innymi dziećmi, z których częścią znają się jeszcze od przedszkola. I jest im zwyczajnie żal się z kolegami i koleżankami rozstawać, co dla nas jest też zrozumiałe i szanujemy to. Dużo na ten temat rozmawiamy, ale ostateczny wybór zostawiamy im. Dani tego wyboru dokona w tym roku trzeci raz – dotychczas wybierał naszą osiedlową podstawówkę i swoich kolegów. Ale widzimy, że jego optyka zaczyna się zmieniać. Sonia stanie przed decyzją po raz pierwszy – a na jej wybór będzie na pewno miała wpływ decyzja brata.

Trzymajcie kciuki.





  • Magdalena

    Od ponad 8 lat jestem Babcią /obecnie 7 Wspaniałych Wnucząt/… Moje czasy szkolne już dawno za mną, przetrwałam też /nie do końca chyba bzikując/ edukację 2 moich Nad Wyraz Udanych Dzieci, a teraz z niejakim zdumieniem obserwuję eksperymenty pewnego Ministerstwa na żywych przecież organizmach moich Wnucząt …

    Najbardziej mnie powala ten tzw. KLUCZ do zadań /z każdego przedmiotu !/ – narzędzie wymyślone przez jakąś Panią lub Pana z tegoż Ministerstwa i tylko im znane… Często też mam wrażenie, że to żaden oryginalny klucz, tylko jakiś marny wytrych, którym mają się posługiwać dzieci, nie wiedząc nawet, że istnieje i jak wygląda.

    I nikomu nie przyjdzie do głowy – będącej czasami w epoce kamienia łupanego – że niektóre drzwi można otworzyć za pomocą karty elektronicznej … A taką kartą jest czasami malutka dziecięca główka ! Od której niektórzy mogliby się wiele nauczyć …

    Ale to przekracza granice ich skostniałej wyobraźni. Nadal wolą być Klucznikami /czytaj : Odźwiernymi/, albo jak kto woli : Portierami lub Braćmi/Siostrami – Furtianami, bo kto ma klucz, ten ma władzę …

    Cała moja nadzieja tylko w tym, że zawód /sic !!!/ KLUCZNIK jest na Liście zawodów ginących – oby szybko i skutecznie !

    A dla niezorientowanych /w w/w Ministerstwie/ – TERCJANA vel WOŹNEGO też coraz częściej zastępuje monitoring …

  • Agnieszka

    :) tak a propos tych kluczy i nauki, to przypomniał mi się taki stary złośliwy wierszyk, który wpisywałyśmy sobie do pamiętników dawno temu.
    „Ucz się, dziecko, ucz
    bo nauka to potęgi klucz.
    A jak się będziesz dużo uczył,
    to będziesz miał dużo kluczy
    i zostaniesz woźnym”
    dzisiaj w epoce testów aktualne jak nigdy, prawda? a potem, po nastu latach nauki „pod klucz” dziwią się, że kolejne roczniki maturzystów wypadają po prostu nędznie.
    Pewnie, bo matura to egzamin dojrzałości, a dojrzałość to refleksja, własne przemyślenia, opinie, a nie „zaznacz odpowiedz a/ b/ lub c/”.

    • Cynamon & Chiltepes

      Fajny artykuł w „Polityce” ostatnio zamieścili o polskiej szkole – chyba problem zaczyna być dostrzegany przez mainstream ;)



Cynamon & Chiltepes 2015