¡Madre mía! O byciu mamą w Hiszpanii

Czerwiec 7 2017, 0 Comments

Licząc czas, kiedy byłam w ciąży z moim pierwszym potomkiem, jestem mamą od ponad 11 lat. Nieco ponad rok jestem zaś mamą w Hiszpanii. Czy jest inaczej? Na czym polegają te różnice? Jak macierzyństwo postrzegają moje przyjaciółki i znajome stąd? W miesiącu, na który przypada Dzień Matki, postanowiłam spisać refleksje moje i owych zaprzyjaźnionych mam…

artykuł pierwotnie ukazał się na łamach Lente – Magazyn Śródziemnomorski

Czasem słońce…

Przeniesienie się z całą rodziną do stolicy Katalonii było naszym absolutnie świadomym i przemyślanym wyborem. Poznaliśmy to miasto podczas wcześniejszych licznych odwiedzin i czuliśmy, że mogłoby stanowić nasze nowe miejsce na ziemi. Zmęczeni nieustanną warszawską gonitwą, w którą wprzęgnięta, siłą rzeczy, była cała nasza rodzina, pragnęliśmy życia w rytmie lente. Barcelona, jak dotąd, jest nam życzliwa i nie rozczarowuje. Nasze dzieci budzi teraz wpadające przez okna słońce, bo nie muszą zrywać się o porach, które my, w naszej rodzinie, uważamy jeszcze za noc: szkoła bowiem zaczyna się o 9:00. Dodatkowo – co jest niebagatelnym ułatwieniem zwłaszcza dla mamy wielodzietnej, którą jestem – wszystkie klasy (od trzylatków w oddziałach przedszkolnych do dwunastolatków w klasach szóstych) zaczynają i kończą zajęcia o tej samej porze. Cóż za przyjemna odmiana po konieczności zrywania się o szóstej rano, by zdążyć rozprowadzić dzieci po dwóch, a potem trzech różnych placówkach, i bieganiu w tę i z powrotem przez pół dnia, by je odebrać o kompletnie odmiennych porach! A przecież wiadomo: mama mniej zabiegana i zmęczona to mama o znacznie większych pokładach cierpliwości, zrozumienia i entuzjazmu.

Zerkam w maile, które pisałam do moich przyjaciółek z Polski przez ostatni rok, zwłaszcza na początku naszego pobytu tutaj, i widzę, że przebija w nich zachwyt: nad życzliwością pracowników szkoły, przychodni i urzędów, którzy, jak to się tutaj mówi, składali się na pół, by ułatwić naszej rodzinie start w nowych okolicznościach. Nad szacunkiem, jaki jest mi okazywany na każdym kroku jako mamie piątki dzieci. Nad czasem, który nagle został podarowany naszej rodzinie, bo szkoła nie wymaga od uczniów wykonywania lwiej części pracy w domu w postaci lekcji, a słońce pozwala korzystać z dnia znacznie dłużej i na świeżym powietrzu. Nad serdecznością i chęcią pomocy, płynącymi ze strony nawet zupełnie obcych ludzi. Owszem, dostrzegałam i minusy: dawno zanikł tu już zwyczaj ustępowania miejsca w środkach komunikacji czy w kolejkach kobietom ciężarnym, o matkach z dziećmi nie wspominając; spora liczba stacji metra nie posiada żadnych ułatwień dla mamy z wózkiem bądź gromadką dzieci (bardzo wąskie perony, brak wind, pochylni, ruchomych schodów), absolutny brak przywiązania do wskazań zegarka… Minusy te jednak zdecydowanie nie przysłaniały mi plusów. Przejrzawszy maile, doszłam do wniosku, że mój punkt widzenia jest jednak mocno jednostronny i subiektywny. Umówiłam się więc na kawę z moją przyjaciółką Ester, czterdziestolatką, mamą dwójki dzieci, by dowiedzieć się, jak macierzyństwo w Hiszpanii (w tym przypadku w Katalonii) wygląda „od wewnątrz”.

… czasem deszcz

Początek naszej rozmowy przebiega w lekkiej, przyjemnej atmosferze. Śmiejemy się z przesądów, które w znacznej mierze są wspólne dla naszych krajów; wymieniamy pozytywne doświadczenia z urzędami i służbą zdrowia (tak się składa, że mamy wspólną, niezwykle profesjonalną, a do tego przemiłą pediatrę oraz, na tyle na ile mogą one takie być, dobre wspomnienia z wizyt w tutejszych szpitalach). Ester podkreśla też znaczenie pomocy państwa i rządu regionalnego w postaci różnego rodzaju dodatków, stypendiów, dopłat, przyznawanych w zależności od sytuacji materialnej rodziny, a także tworzenie tzw. colegios concertados, czyli prywatnych placówek opiekuńczych i oświatowych (w tym żłobków) z dofinansowaniem państwowym, które pozwalają rodzicom wnosić opłaty w zależności od zarobków. Dla wielu z nich, niezarabiających kokosów, to ostatnia deska ratunku w obliczu zdecydowanego niedoboru miejsc, zwłaszcza w żłobkach i przedszkolach, ale w wielu miejscach również w szkołach publicznych.

Jak dotąd rozmawia nam się miło, ale moja przyjaciółka wzdycha, kiedy proszę ją, by podzieliła się ze mną tą ciemniejszą stroną bycia mamą w ojczyźnie Gaudiego. Jako pierwszy minus wymienia niespełna cztery miesiące urlopu macierzyńskiego, a zaraz potem bardzo trudną sytuację na rynku pracy, która wymusza na młodych mamach szybki powrót do aktywności zawodowej. Obawa przed wypadnięciem „z obiegu” i brakiem stabilności finansowej jest też główną przyczyną tego, że wśród krajów Unii Europejskiej to właśnie Hiszpania, wspólnie z Włochami, odnotowuje najwyższą średnią wieku kobiet decydujących się po raz pierwszy na macierzyństwo. Dzieje się tak również dlatego, że w kraju, w którym – niestety – nadal wśród sporej części społeczeństwa (zwłaszcza tej 40+) pokutują najgorsze stereotypy odnośnie roli kobiety, panuje zmowa milczenia wokół powszechnego mobbingu kobiet, szczególnie matek, w miejscach pracy. I tu chyba obie dostrzegamy największą różnicę między byciem matką w Polsce i w Hiszpanii: w miejscu, jakie wyznacza się kobiecie w społeczności. Ester ze smutkiem konstatuje, że w większości znanych jej par mężczyzna w domu jest gościem (pracuje, a czas wolny spędza w barze z kolegami), nie dzieli z kobietą obowiązków domowych ani opieki nad dziećmi, a wszystko to to mimo faktu, że w większości przypadków kobieta również pracuje zawodowo. To się zmienia – podkreśla moja rozmówczyni – ale bardzo powoli. Zmianę modelu na bardziej partnerski zaobserwować można zwłaszcza wśród młodych, z których spora liczba doświadczyła rozpadu związków swoich rodziców bądź obserwowała rozpady związków starszego rodzeństwa, i uznała, że obowiązujący w nich model był krzywdzący i nie sprawdził się. – Ja wygrałam los na loterii – śmieje się Ester – José jest bardzo oddanym i zaangażowanym ojcem, choć do obowiązków domowych nadal muszę go gonić. Z wdzięcznością myślę o moim mężu, który – choć również wychowany w patriarchalnym społeczeństwie – nawet nie wyobraża sobie, żebyśmy domu i rodziny, które są przecież naszym wspólnym dobrem, nie pielęgnowali razem.

Brzuchy, plamy, złe oko i odpowiednie towarzystwo

Jak to jest z tymi przesądami i mitami dotyczącymi macierzyństwa? Okazuje się, że wiele z nich dzielimy z Hiszpankami. Podobnie jak my, „wróżą” one płeć dziecka z kształtu brzucha czy chronią dzieci przed złym urokiem (zwanym tu mal de ojo, czyli złym okiem) za pomocą czerwonych wstążeczek przy wózkach. Nowością dla Ester, a także dla mojej drugiej rozmówczyni, 32-letniej Miriam, rozwódki, mamy siedmioletniej Lary, jest przesąd mówiący o tym, by nie nosić w ciąży korali, bo dziecko może urodzić się owinięte pępowiną – za to w niektórych częściach Hiszpanii babcie radzą ciężarnym wnuczkom, by nie siadały, krzyżując nogi, z obawy przed tym samym skutkiem. Ester ze śmiechem wspomina również przesąd mówiący o tym, że zachcianki kobiety w ciąży, nazywane tu antojos, muszą być spełniane, bo każda niespełniona zachcianka oznacza pojawienie się u dziecka plamy na skórze. Kiedy wspominam o tym Miriam, oburza się: – Możesz się śmiać, ale mój były mąż zapowiedział mi, żebym nawet nie śniła, że będzie biegał za moimi zachciankami, i Lara plamy na skórze ma! Opowiada mi też o innym przesądzie, dotyczącym zbyt częstego przebywania z tą samą osobą bądź myślenia o niej: dziecko może urodzić się do niej podobne. Niewskazane jest również spędzanie czasu w towarzystwie tego samego zwierzęcia, by dziecko nie rozwinęło w sobie jakiejś jego cechy, np. kocich oczu.

Potrzebna cała wioska…

Dzieci w Hiszpanii są dobrem „wspólnym”. Poza tym, że często wychowywane są przez babcie i dziadków (instytucję błogosławioną ze względu na konieczność pracy obojga rodziców i niedobór placówek opiekuńczych), nierzadko dorastają w tzw. rodzinach „patchworkowych”, czyli tam, gdzie rodzice rozstali się, założyli nowe związki i rodziny, wnosząc „w posagu” dzieci z poprzedniego związku i opiekę dzieląc między wszystkich zainteresowanych (w tym wszystkich „dostępnych” dziadków). Już w tym momencie osób zajmujących się dziećmi jest cała gromada. Dodajmy jeszcze do tego zdecydowanie stadny tryb życia mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego, gdzie wszyscy krewni i znajomi królika poczuwają się do uczestnictwa w wychowywaniu najmłodszych: choćby za pomocą dobrych rad, mniej lub bardziej chcianych komentarzy i pomysłów, ale także wyrażanej wszem i wobec chęci „przejęcia” dziecka choćby na chwilę. Oferty zabrania któregoś z moich dzieci na spacer, na obiad, czy choćby pobawienia się z nimi, są w naszej nowej rzeczywistości na porządku dziennym. Na początku mroziły mi one krew w żyłach, potem się do nich przyzwyczaiłam i nauczyłam się nie „jeżyć” w odpowiedzi na nie. Za to moja znajoma, Ilu, czterdziestoletnia mama małego Izana, zwierza mi się ze swojego rzeczywistego przerażenia: jej siedmiolatek jest gotów faktycznie iść z każdym, kto mu to zaproponuje. Ester zaś dodaje: – W naszej lokalnej małej społeczności, w której znamy się już od lat, bywa to pomocne. Zdarzyło mi się kiedyś, że w zupełnie awaryjnej sytuacji, kiedy musiałam pilnie wyjść i nie miał kto zaopiekować się moim trzyletnim wówczas Bielem, zostawiłam go w… warsztacie samochodowym w naszym budynku. Panowie pracujący tam zabawiali go na zmianę do mojego powrotu, znalazły się nawet jakieś kredki i układanka.

Buen provecho czyli smacznego!

W odróżnieniu od Polski, gdzie matki karmiące piersią powyżej roku wciąż jeszcze traktowane są przez większą część społeczeństwa jak dziwowisko, tu karmienie dziecka piersią do trzeciego roku życia nie jest niczym nadzwyczajnym. – Wiele mam traktuje to jako rekompensatę za brak czasu spędzanego z dzieckiem – tłumaczy mi Ester. – Szybko po porodzie wracamy do pracy, dzieci oddajemy do placówek lub pod opiekę dziadków. Wracając do domu jesteśmy bardzo stęsknione i mamy potrzebę wynagrodzenia dziecku tego straconego czasu i nadwątlonej przez to więzi. Karmienie piersią jest tego wyrazem.

Oczywiście hiszpańskie maluchy chowają się nie tylko na piersi. O ich diecie opowiadają mi Ester i Cristina, wychowawczyni mojej średniej córki, siedmioletniej Laury. W większości rodzin dzieci nie jedzą śniadań w domu – a jeśli już, to na ogół jest to słodki rogalik i kakao, w którym zwyczajowo jest on maczany. Coraz większą popularność zdobywają też różnego rodzaju słodkie płatki na mleku. Jednak najczęściej pierwszy posiłek w ciągu dnia dzieci jedzą w placówce. W żłobku mają zapewnione śniadanie i obiad; w szkole śniadanie, na ogół w postaci słodkiej bułki, przynoszą z domu i zjadają podczas pierwszej przerwy, czyli około 11:00. W szkołach bardzo podkreśla się obecnie rolę zdrowego żywienia i namawia rodziców do przygotowywania zdrowych śniadań – jednak mało która mama ma do tego głowę i czas. Do dziś pamiętam pretensje, z jakimi wróciły moje córki z jednego z pierwszych dni w tutejszej szkole – nadąsane, bo koleżanki przynoszą z domu słodkie bułki i ciastka, a one kanapki i owoce.

Nasz niezmienny zachwyt budzą szkolne obiady: zdrowe, bardzo zróżnicowane, z dużą możliwością wyboru. Przygotowywane są na miejscu, w szkolnej kuchni, z dostarczanych codziennie świeżych produktów, z dużą ilością warzyw i owoców, ryb i owoców morza. Moje dzieciaki bardzo w nich zasmakowały. Niestety, obiady szkolne są dobrem reglamentowanym i bardzo drogim. Można ubiegać się o dofinansowanie do nich, jednak nigdy nie ma pewności, że się je dostanie. Z ogromną ulgą przyjęliśmy więc informację o otrzymaniu dofinansowania na obecny rok szkolny. Teraz, gdy powoli dobiega on końca, z niepokojem czekamy na odpowiedź na nasz wniosek o dofinansowanie obiadów na kolejny – tym razem już dla całej piątki, bo szkolną (a właściwie przedszkolną, ale tutaj to ta sama placówka) karierę rozpoczyna od września nasz najmłodszy, trzyletni Diego.

Drugim po obiedzie ciepym posiłkiem jest oczywiście jedzona w domu kolacja, na którą obowiązkowo podaje się rybę lub owoce morza, względnie drób, z dodatkami w postaci żółtego ryżu, soczewicy, fasoli, rzadziej opiekanych ziemniaków. Przed snem wiele dzieci pije jeszcze mleko, kakao lub czekoladę. Niestety, w diecie tutejszych dzieci od wczesnych lat obecne są słodkie przekąski, ciastka, chipsy i gazowane napoje. Skutkuje to dramatycznym stanem uzębienia już u kilkulatków. Co jakiś czas uruchamiane są więc kampanie promujące zdrowe żywienie i ograniczenie słodyczy w diecie najmłodszych.

Mama-imigrantka

Hiszpania jest krajem o dużym odsetku imigrantów. Wielu z nich nie pracuje legalnie, a nawet jeśli, to pieniądze, które zarabiają, ledwie starczają na opłacenie wynajmu mieszkania i pokrycie koniecznych opłat. Zarówno państwo, jak i poszczególne wspólnoty autonomiczne starają się wyjść naprzeciw potrzebom takich osób, oferując wsparcie w postaci świadczeń, pomocy w zalegalizowaniu pobytu i znalezieniu legalnej pracy. Niestety, nie zawsze to wystarcza. Zaledwie kilka dni temu pocieszałam płaczącą Marię z Brazylii, mamę czteroletniego Arona i dziewięcioletniej Saray, która mieszka tu od kilkunastu lat. Jej mąż dwa lata temu wrócił do Brazylii, ona zaś, pracując, nie jest w stanie zapewnić opieki swoim dzieciom. Pieniądze, które zarabia, nie starczają na pokrycie kosztów opiekunki po powrocie dzieci ze szkoły (Maria pracuje do 21:00, szkoła zamykana jest o 16:30) i w wakacje. Musiała więc podjąć ciężką decyzję o wysłaniu dzieci do Brazylii, do ich ojca, dopóki nie znajdzie jakiegoś wyjścia z sytuacji. Mówię: pocieszałam, ale tak naprawdę płakałam razem z nią. Na poły z żalu, bo nie potrafię wyobrazić sobie większego dramatu w życiu matki, niż rozstanie ze swoim dzieckiem. Na poły zaś z wdzięczności za mój los i za to, że nie muszę dokonywać takich wyborów. Tak, mam niezwykłe szczęście, bo jestem w miejscu, które uwielbiam, z tymi, których kocham najbardziej. Bycie mamą w Hiszpanii nie zawsze jest usłane różami, ale dziękuję za to, że mogę nią być.







Cynamon & Chiltepes 2015