Macierzyństwo miażdży

Marzec 1 2015, 1 Comments

Właśnie tak.

Macierzyństwo jest, bez dwóch zdań, najpiękniejszym, najcenniejszym i najważniejszym doświadczeniem mojego życia. Moją największą radością i tym, co czyni moje życie pełnym i wartościowym. Tak naprawdę nie potrafię nawet wyrazić słowami tego, jak wiele szczęścia wnosi w moje życie ta moja piątka urwisów.

A jednak, są takie momenty, w których bycie mamą mnie przytłacza i miażdży. I są to te momenty, w których boję się o moje dzieci i w których za nimi tęsknię.

Jeszcze nie tak dawno pisałam o tym, jak ciężko nam było, gdy zmagaliśmy się z zapaleniem płuc u dwuipółletniej Andrei. Wydawało nam się, gdy z tego trudnego okresu wyszliśmy, że najgorsze za nami. Niestety, najgorsze dopiero nas czekało. Na zapalenie oskrzeli, oskrzelików i płuc zachorował nasz najmłodszy synek, niespełna półroczny Diego. I tym razem nie udało się zarazy opanować w domu, mały i ja znaleźliśmy się w szpitalu.

Pobyt w szpitalu z dzieckiem to dla każdego rodzica koszmar. Niepokój o chorego malucha miesza się z rozpaczliwą tęsknotą za małżonkiem i dziećmi, które zostały w domu. Nasza gromadka to dzieci bardzo wrażliwe i emocjonalne – po mamie – razem więc płakaliśmy: oni w domu, ja w szpitalu. Diego też cierpiał, a do tego był ewidentnie wystraszony i nie pozwalał mi się niemal w ogóle odłożyć. Właściwie non stop nosiłam go na rękach albo był przy piersi, bo tylko te dwie rzeczy przynosiły mu ukojenie.

Ten tydzień w szpitalu z naszej perspektywy trwał z miesiąc. Mąż w domu dwoił się i troił, by zająć pozostałą czwórkę, by odsunąć od nich tęsknotę i lęk. Mnie pękało serce za każdym razem, gdy Diego płakał rozdzierająco podczas pobierania krwi, ciągłych nebulizacji i podawania dożylnych leków, ale też za każdym razem, kiedy rozmawiałam przez telefon z dziećmi i pytały, kiedy wrócimy do domu i czy Diego już jest zdrowy.

Tak, macierzyństwo jest cudownym doświadczeniem, ale też potrafi być jednym z najbardziej miażdżących.

Ten wpis chcę jednak zakończyć pozytywną nutą, bo nie wszystko w tym trudnym czasie było złe.

Jestem ogromnie wdzięczna naszej Pani Doktor, która robiła co mogła, by malutka z tego wyprowadzić, i w odpowiednim momencie skierowała nas do szpitala. Z rozmów z innymi rodzicami wiem, że to naprawdę ogromny dar, mieć zaufanego pediatrę.

Leżeliśmy na Oddziale Chorób Dzieci i Niemowląt warszawskiego Centralnego Klinicznego Szpitala MSWiA i byłoby skrajną niewdzięcznością z mojej strony nie wspomnieć o naprawdę wspaniałej opiece, jaką tam otrzymaliśmy: o fantastycznym zespole lekarzy i pielęgniarek, a nawet salowych, którzy nie tylko wyprowadzili mojego synka z choroby, ale też przez cały nasz pobyt mieli dla nas ogromnie dużo serca, ciepła i życzliwości. Serdecznie im wszystkim w tym miejscu dziękuję. Na warunki w szpitalu też nie mogę narzekać: mieliśmy leżankę, na której spokojnie mogłam leżeć razem z malutkim, co było o tyle istotne, że on zupełnie nie umie spać sam – od urodzenia śpi ze mną, a położony w osobnym łóżeczku natychmiast się budzi. Sale na oddziale są nieduże, więc nie leży się w tłumie, ordynator bardzo dba o to, by dzieci zdrowiejące separować od nowoprzybyłych chorych. Posiłków szpital wprawdzie nie zapewnia, ale do naszej dyspozycji była niewielka kuchnia. Podsumowując: jeśli już spotkało nas to nieszczęście, że musieliśmy leżeć w szpitalu, to naprawdę trafiliśmy dobrze.

Na wysokości zadania – jak zawsze zresztą – stanęli też moi kochani Rodzice, którzy dbali o to, żebyśmy ani ja w szpitalu, ani mój mąż i dzieci w domu nie byli głodni. Mój najdroższy Tato przyjeżdżał po pracy mnie odwiedzić, zawsze przywożąc ze sobą coś na ząb, albo zostawał z małymi, żeby mąż mógł do nas zajrzeć.

Moja najbliższa przyjaciółka, Ania, włączyła się w opiekę nad dziećmi, choć sama ma cztery malutkie córeczki. Pocieszała mnie też rozmową i wspierała na duchu.

Miłą niespodzianką było poznanie dziewczyny, która leżała ze mną w jednej sali przez niemal cały nasz pobyt ze swoim maleńkim, trzymiesięcznym synkiem, i okazała się nieocenioną towarzyszką niedoli: świetnie nam się rozmawiało, polubiłyśmy się, i nawet nasi chłopcy się zsynchronizowali ;) I jak spali, to obaj, jak się awanturowali, to też razem :) W dodatku zorientowałyśmy się, że jesteśmy niemal sąsiadkami i mamy nadzieję utrzymać kontakt „na wolności” :)

O moim ukochanym mężu już napisałam. Dzięki niemu w tej całej sytuacji dzieci nie straciły poczucia bezpieczeństwa, a ja się nie rozsypałam. Mój kochany, moja skała i bezpieczna przystań. Gracias, mi vida.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że jest we mnie ogromna wdzięczność za to, że to trudne, miażdżące doświadczenie, przyniosło też ze sobą mnóstwo dobra. Dla mnie było ono niczym mocne rekolekcje wielkopostne. I chcę wierzyć, że wyszliśmy z niego mocniejsi.





  • Magdalena

    Dzięki Bogu – ten nieznośny „survival” macie szczęśliwie za sobą … Nie było łatwo, ale zdaliście ten egzamin WSZYSCY /Rodzice i Dzieciaki/ z wyróżnieniem !

    Każdy dzień w szpitalu ciągnie się w nieskończoność /coś o tym wiem/ i człowiek marzy, żeby już pierwszy dzień pobytu okazał się ostatnim …

    Przez cały czas moje myśli się wokół Waszej „Siódemki” kręciły i wściekałam się na siebie, że fizycznie nie jestem w stanie Was wspomóc, choć bardzo bym chciała .
    W mojej sytuacji mogę tylko próbować, mniej lub bardziej udolnie, wypełniać zadania Kierownika Działu Logistyki i starać się być jakimś rodzajem /ze skutkiem j.w./ Mini Telefonu Zaufania …

    W życiu czasami jest nieco pod górkę, ale po tym doświadczeniu utwierdziłam się w przekonaniu, że we Dwoje /+5/ razem, czy przejściowo – osobno, dacie wszystkiemu radę !

    Na ile możemy – będziemy zawsze z Wami …



Cynamon & Chiltepes 2015