Kocham. Szanuję. Chronię. Nie biję!

Kwiecień 30 2015, 3 Comments

Co jakiś czas – zdecydowanie za często – kraj obiega wiadomość o kolejnym pobitym dziecku. Kilka takich przypadków zakończyło się, niestety, śmiercią maluchów. Agresorzy tłumaczą się niezmiennie tym, że zostali wyprowadzeni z równowagi, nerwy im puściły, dziecko nie słuchało, dziecko nie przestawało płakać…

Kiedy takiemu newsowi towarzyszy informacja, że dziecko leży w śpiączce, że zostało okaleczone na całe życie, albo w najgorszym wypadku, że nie przeżyło tego ataku agresji, pojawia się lawina komentarzy. Z większości wynika, iż komentujący najchętniej dokonaliby samosądu, przed wymierzeniem kary śmierci poddając agresora wymyślnym torturom. Publika właściwie jednym głosem wyraża oburzenie: wobec sprawcy tego okrutnego czynu, ale także wobec naszego prawa (zbyt łagodnego w takich sytuacjach) i organów je egzekwujących (nieudolnych, opieszałych, niekompetentnych, skorumpowanych… ).

Tym bardziej zadziwiają mnie sytuacje takie, jak ta, z którą zetknęłam się dziś. Jedna ze stacji informacyjnych pokazała film o matce z Baltimore, która podczas zamieszek w tym mieście rozpoznała w tłumie rozrabiających swojego szesnastoletniego syna, wyciągnęła go za fraki z tłuszczy i zaczęła okładać: to otwartymi dłońmi, to pięściami, po głowie, plecach, twarzy. Reportaż zawierał migawki ukazujące rozentuzjazmowanych stróżów prawa, nagłówki gazet i „zwykłych ludzi”, wychwalających kobietę jako bohaterkę i „supermamę”, która zawalczyła w ten sposób o swoje dziecko. Podobne reakcje można było zaobserwować w komentarzach na facebookowej stronie stacji, te jednak wzbogacone były w większości kąśliwymi uwagami typu: „No, u nas już by ją wsadzili za przemoc!”; „Niech wnioski wyciągną wszyscy propagujący bezstresowe wychowanie” (bardzo pojemny termin-wytrych, którym wiele osób określa metody wychowawcze nieuznające przemocy w jakiejkolwiek formie); „Brawo dla niej! A u nas awantura o głupiego klapsa…” itd. w podobnym tonie.

Nie wiem, jakie metody wychowawcze stosowała wcześniej bohaterka filmu, choć podejrzewam, że niekoniecznie musiał to być pierwszy raz, kiedy uciekła się do rękoczynów wobec któregoś ze swoich dzieci. Przerażające jednak i smutne jest dla mnie to, jak jednak silne jest ciągle wśród ludzi przekonanie, że bicie jest dopuszczalną – ba! wręcz pochwalaną! – formą radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. Także tymi w rodzinie.

Tak, być może syn tej kobiety jest łobuzem, może nawet młodocianym przestępcą. Nie stał się nim jednak z dnia na dzień, tu zaszedł jakiś proces, w wyniku którego chłopak pogubił się i zaczął dokonywać złych wyborów. Być może jego matka od lat już walczy o to, by mu pomóc, może jest w desperacji, boi się o niego, cierpi. Być może tłem tego obrazka, którym napawają się media i publika, jest trwająca od dłuższego czasu rodzinna tragedia. Być może ta matka wyczerpała już wszystkie inne sposoby na wyciągnięcie syna z bagna, w którym się znalazł. A może innych sposobów po prostu nie zna. Nie wiem.

Wiem natomiast, że niezależnie od tego, co stoi za tym króciutkim urywkiem ich życiowej historii, którym zachłysnęły się media i „internety”, nie potrafię dostrzec w nim nic wspaniałego, godnego zachwytu, nie widzę w tej kobiecie „supermatki”, w moich oczach nie jest ona bohaterką. Dla mnie jest ona raczej postacią tragiczną i budzi moje współczucie, bo dojście do takiego momentu, w którym rzucasz się z pięściami na własne dziecko, musi być osobistym dramatem.

Reakcja otoczenia za to – także komentujących internautów w naszym kraju – napawa mnie przerażeniem. Oto te same osoby, które bez wahania poderżnęłyby gardło – nie bójmy się tego słowa – zwyrodnialcowi, który pobił do nieprzytomności swoje malutkie dziecko, prześcigają się w pochwałach dla matki okładającej po głowie nastoletniego syna i wznoszą triumfalne pienia na cześć zbawiennej roli klapsa w wychowaniu.

Nie ogarniam.

Czy jeśli facet nie zgadza się ze swoją partnerką, a ona uparcie trwa przy swoim, powinien wymierzyć jej policzek? Czy wtedy ci wszyscy obrońcy klapsa też go usprawiedliwią, bo w końcu to tylko policzek, nie przetrącił jej wszak kręgosłupa? Dlaczego nie godzimy się na załatwianie spraw za pomocą rękoczynów między dorosłymi, a tak łatwo przychodzi nam wytłumaczenie, a nawet pochwała, uderzenia dziecka? Skąd u tak wielu ludzi przekonanie, że od klapsa do pastwienia się nad dzieckiem, są miliony lat świetlnych i tylko certyfikowani zwyrodnialcy są w stanie tę odległość pokonać? A potem za każdym razem szok, gdy dowiadujemy się, że ten miły sąsiad, co się tak uprzejmie kłaniał na schodach i oddał piątaka kasjerce, jak się na jego korzyść pomyliła w osiedlowym sklepie, skatował do nieprzytomności swoją małą córeczkę. A może on też myślał, że tylko daje wychowawczego klapsa. A potem drugiego, bo nie poskutkowało. I trzeciego. I nagle te miliony lat świetlnych przebył w przeciągu kilku miesięcy, choć nie ma założonej kartoteki na komendzie.

Nie ma czegoś takiego, jak „tylko” klaps. Klaps to uderzenie, to cios, to rana zadana więzi między rodzicem a dzieckiem. Nieważne, jak lekki i z jaką częstotliwością wymierzany. Nie ma takiej sytuacji, w której uderzenie dziecka jest usprawiedliwione. Nie wmawiaj sobie, że zmęczenie, nerwy, stres, bezsilność tłumaczą podniesienie ręki na tego, którego twoim podstawowym zadaniem jest chronić. Jeśli już tak się stało, nie szukaj wytłumaczenia, nie bagatelizuj, nie umniejszaj – już wszedłeś na tę drogę, niech tobą to wstrząśnie, niech cię zaniepokoi, przerazi, zawstydzi. Niech cię zmotywuje, żeby z niej jak najszybciej zawrócić.

Mam w domu głośną, rozemocjonowaną, rozbieganą, walczącą o swoją pozycję w rodzinie piątkę dzieci. Mam chwile, w których chętnie uciekłabym do lasu, żeby nie zwariować. Zmęczenie, nerwy, przepracowanie, brak pomysłu na rozwiązywanie niektórych sytuacji dają mi się czasem we znaki. Ale te chwile i te emocje mijają, równie szybko jak przychodzą. A miłość, ufność i poczucie bezpieczeństwa moich dzieci zostają. I za nic nie chciałabym tego naruszyć. Kto, jeśli nie ja, ma je kochać, szanować i chronić? Kto, jeśli nie ja, ma ich nauczyć tego samego wobec innych ludzi, wobec ich przyszłych rodzin?

Dziś jest światowy Dzień Sprzeciwu Wobec Bicia Dzieci. Zawstydzającym dla społeczeństwa powinno być, iż zaistniała potrzeba ustanowienia takiego dnia. Na szczęście coraz więcej osób do tego sprzeciwu się przyłącza. Nie tylko raz w roku.





  • Magdalena

    Obawiam się, że jeszcze bardziej namieszam w prawidłowej percepcji świata, ale natychmiast mi się skojarzył Jean – Jacques Rousseau i jego traktat pedagogiczny „Emil, czyli o wychowaniu”, w którym pisał, że człowiek rodzi się z natury dobry, i że

    „Wszystko jest dobre, co z rąk Stwórcy pochodzi, wszystko paczy się w rękach człowieka … ”

    Ukazał w nim wizję szczęśliwego życia dziecka /ale miał też wielu krytyków/ , a po skandalu wywołanym jego wydaniem, parlament paryski skazał książkę na spalenie jako niemoralną…

    „Smaczku” dodaje sprawie fakt, że Jean – Jacques Rousseau miał pięcioro dzieci, które … oddał do sierocińca … nie znając ich imion !!!

    Można się zupełnie pogubić …

  • Rodzice nigdy nie stosowali wobec mnie kar cielesnych. I uważam to za ich sukces, bo przecież tyle jest innych sposobów samego karania (nie karać wcale też bardzo źle), że bicie możemy nazwać zwyczajną słabością, a czasem zwykłą agresją i chorobą…

  • Pingback: Blogerki i blogerzy przeciw przemocy wobec dzieci | Anna Golus()



Cynamon & Chiltepes 2015