Kiedy dzieci chorują…

Styczeń 31 2015, 1 Comments

Każda mama dobrze zna to uczucie: kiedy dziecko robi się niewyraźne, zaczyna posmarkiwać, pokasływać, pokazują się wypieki, rośnie temperatura. No tak, idzie choróbsko, trzeba nastawić się na co najmniej kilka dni nerwówki, podawania lekarstw i/lub nebulizacji, dodatkowych przytulanek i wymyślania zajęć dla dziecka, które musi siedzieć w domu.

Pół biedy, kiedy kończy się na łatwej do zwalczenia infekcji. Gorzej, kiedy infekcja nie odpuszcza, za to przeradza się w poważniejszą chorobę. Moja młodsza trójka tuż przed Bożym Narodzeniem przeszła ospę – przeszła ją, podobnie jak starszaki cztery lata temu, w miarę łagodnie, tzn, wysypani byli masakrycznie, ale właściwie nic ponadto. Najmłodszy, wtedy czteromiesięczny, większość ospy przespał. Niestety, nasza radość z tak bezproblemowego przebiegu była przedwczesna. Minęły trzy tygodnie i obniżona chorobą odporność dała o sobie znać. Jakaś franca zjadliwa przyatakowała maluchy, i o ile cztero-i-półletnia Laura poradziła sobie całkiem nieźle, o tyle organizm dwu-i-półletniej Andrei okazał się jednak znacznie bardziej osłabiony, i wdało się zakażenie bakteryjne.

Spędziliśmy cztery dni i noce zbijając ponad 40-stopniową gorączkę i walcząc z koszmarnym kaszlem. Nie brak snu, zmęczenie czy zorganizowanie naszego domowego „szpitalika” były jednak najgorsze. Najgorszy był ten lęk, kiedy gorączka, zbita na chwilę, podskakiwała ponownie, ta niewiedza, co tak atakuje to biedne, drobne ciałko, że tak strasznie musi ono z tym walczyć, ten niewypowiedziany na głos, ale wyrażany w spojrzeniach między mną a mężem strach, czy sobie poradzi?…

Na szczęście mamy to już za sobą. Dzięki naszej cudownej pani Doktor, która szybko zadziałała, zrobiła odpowiednie badania i przepisała odpowiednie leki, Andrea wraca do zdrowia. A ja po raz kolejny przekonuję się, że tak naprawdę wszystko w rodzicielstwie jest do przejścia, do przepracowania, do wypracowania, do pokonania. Z wyjątkiem strachu o dziecko, tych sytuacji, w których człowiek w bezsilności bezgłośnie modli się, żeby wszystko było dobrze. Niech lata po chałupie, jakby miało w zadku motorek, niech krzyczy w złości, maże flamastrami po meblach, oblepia plasteliną klocki lego, kłóci się z rodzeństwem o pierdoły, wyjada po kryjomu herbatniki z puszki myśląc, że nikt się nie zorientuje ;) Niech zapomina odrobić pracę domową, kręci nosem na pracowicie przygotowany przez mamę obiad, zostawia małą, twardą zabawkę w pościeli rodziców, wnosi na dywan błoto z podwórka, ryczy całą noc, bo wychodzą mu zęby. Niech rozsypuje mąkę po całej kuchni, „pomagając” robić ciasto, niech budzi świeżo uśpionego malutkiego brata głośną zabawą, niech oszukuje w grach planszowych, niech gubi fafnastą w ciągu jednej zimy rękawiczkę, niech się upiera, że na dobranoc będziemy ZNOWU słuchać tej samej bajki. A co tam, niech nawet wylewa kakao na klawiaturę ojcowskiego laptopa. My, rodzice, poradzimy sobie z naszym zmęczeniem, złością, rozdrażnieniem, zniecierpliwieniem, znużeniem. Jedynym, co może nas przygnieść, co nas faktycznie łamie – jest strach. Najtrudniejszy element, „mroczna strona” rodzicielstwa.

Taki dziś emocjonalny, osobisty wpis po tych paru ciężkich dniach… Nawet matka-cyborg, jak czasem określają mnie koleżanki, miewa chwile, kiedy po prostu chce powiedzieć: niech mnie ktoś przytuli… ;)







Cynamon & Chiltepes 2015