Gosia z Zielonego Wzgórza :)

Kwiecień 20 2016, 8 Comments

Ani się obejrzeliśmy, a minęły dwa tygodnie, odkąd jesteśmy w Barcelonie. Zazwyczaj po takim czasie trzeba było się pakować i wracać do domu, do Polski. Tym razem jest inaczej, teraz tu jest nasz dom. Nie trzeba z niczym się spieszyć, nie trzeba łapać słonecznych chwil, wyduszać jak najwięcej z każdego dnia, bo za chwilę powrót do codzienności, która w porównaniu zawsze wypadała nieco bardziej szaro, pochmurno i ponuro. Tym razem smakujemy Barcelonę powoli, bez pośpiechu, uczymy się jej, poznajemy jej zwyczaje, jej mieszkańców. Jest to o tyle wdzięczne zajęcie, że to miasto i ludzie łatwo i chętnie dają się poznawać, uczyć i lubić.

W ostatni weekend mieliśmy okazję nieco pointegrować się z mieszkańcami naszej dzielnicy. Najpierw odwiedziliśmy naszą parafię św. Marii Magdaleny. Znalezienie kościoła nastręczyło nam trochę trudności, bo szukaliśmy tradycyjnej budowli z wieżą czy dzwonnicą, tymczasem okazało się, że jest to niepozorny budynek w jednej z wąskich bocznych uliczek, wciśnięty między inne podobne budynki i wyróżniający się jedynie witrażem z krzyżem w oknie. Uczestnictwo we mszy św. też było doświadczeniem odmiennym do tego, co znamy z Polski, przypominało bardziej to, co pamiętaliśmy z Taizé, miejsca w którym poznaliśmy się z moim mężem i w którym narodziła się nasza miłość. Wspólnota parafialna wprawdzie jest niewielka, ale za to bardzo zróżnicowana narodowościowo, większość jej stanowi tutejsza społeczność latynoska, są też Hiszpanie, przybysze z krajów Dalekiego Wschodu i z krajów afrykańskich. Ksiądz jest Brazylijczykiem, po hiszpańsku mówi z silnym akcentem, dodatkowo zastępując niektóre hiszpańskie słowa portugalskimi, co sprawiło niemałą trudność naszym dzieciom i co chwila pytały, co ksiądz mówi i czy aby na pewno po hiszpańsku :) Po mszy zostaliśmy obstąpieni przez ciekawski, ale bardzo serdeczny tłumek (łącznie z księdzem!), który koniecznie chciał wiedzieć, skąd jesteśmy, czy będziemy przychodzić co niedzielę, sprzedający nam nowinki z życia wspólnoty parafialnej i opowiadający o tym, co parafia ma do zaoferowania dzieciom i rodzinom. Wychodząc z kościoła otrzymaliśmy błogosławieństwo od chyba 30 różnych osób ;)

stamariamagdalenalesroquetes

Po mszy wybraliśmy się na spacer po okolicy i trafiliśmy na organizowany akurat tego dnia przy pobliskim placu zabaw festyn z okazji Święta Wiosny. Z całej dzielnicy zeszli się mieszkańcy, by oglądać występy taneczne, tańczyć, wziąć udział w konkursach, posilić się smakołykami z grilla czy po prostu oddać się ulubionemu zajęciu tubylców, czyli pogawędkom. Co było robić, V. stanął w ogonku do grilla, a dzieci i ja poszliśmy tańczyć :)

bcn6cc

Po zabawie i jedzeniu postanowiliśmy wrócić do domu okrężną drogą, przy okazji podziwiając tę wyżej położoną część naszej dzielnicy. Słońce już mocno przypiekało, ale na szczęście tu co kilka kroków natknąć się można na źródełka z orzeźwiającą wodą pitną. Spacer nam się przedłużył, bo dzień wolny sprzyja integracji w mocno towarzyskiej społeczności: co chwilę zagadywani byliśmy przyjaźnie przez spacerujących bądź plotkujących w oknach, na balkonach i na progach domów mieszkańców. Czy już wspominałam, że nie sposób tu przemknąć niezauważonym? ;)

bcn10cc

bcn5cc

Jest coś niezwykle fascynującego w tych starych, czasem wręcz zrujnowanych budynkach, koegzystujących z technologicznymi udogodnieniami, takimi jak domofony, ruchome schody i windy, pomagające zwłaszcza starszym mieszkańcom poruszać się po okolicy, usadowionych na miejscami dość stromym zboczu, sąsiadujących z zielenią parku i zabytkowymi budowlami, i niezmiennie pełnych życia i gwaru.

bcn7cc

Zanim zdecydowaliśmy się tu zamieszkać, mój mąż kilkakrotnie odwiedził tę dzielnicę i rozmawiał z mieszkańcami o tym, jak tu się żyje. I jeden z naszych obecnych sąsiadów, starszy pan, powiedział mu wtedy, że to wspaniałe miejsce, że – jak wielu innych – spędził tu całe swoje życie i nie chciałby spędzić go nigdzie indziej. Zaczynam to trochę rozumieć teraz, kiedy „zielone wzgórze” Turó de les Roquetes, pomału staje się i moim „zielonym wzgórzem”.

Prawa do zdjęcia głównego: Erill





  • Agnieszka

    Strasznie miło to czytać :)

    • Cynamon & Chiltepes

      Dzięki, Aguś :) Jak już dostaniecie 500+ to zmarnujcie je na wizytę u nas! ;)

  • Magdalena

    Jak czytam tę opowieść o Gosi z Zielonego Wzgórza, Jej wspaniałym Mężu i dzieciach z Bullerbyn, to ciągle mam wrażenie, że jesteście na niekończącej się fieście, sjeście albo holiday’u i chyba Wam ciutkę zazdroszczę …
    Co nieco trudniej może być jak się zacznie szkoła … Ale i tu pomogą sąsiedzi i znajomi, bo oni tak mają we krwi 😈🍀🍊
    Dbajcie o to Wasze Wzgórze, bo żal by było je zdewastować – jeszcze na parę lat musi wystarczyć.
    Trzymajcie się cieplutko – Wasi /jak zawsze/ Mama i Tata, albo – jak kto woli – Babcia i Dziadek.

    • Cynamon & Chiltepes

      Was tu nam najbardziej brakuje! :*

  • ola

    Gosiu, śledzę tą waszą zmianę i trzymam kciuki, żeby było super. Bardzo was, szczególnie dorosłych, za tą inicjatywę podziwiam. Zawsze do tej B. wracaliście, aż wreszcie taka decyzja:) Ale w sumie kiedy, jak nie teraz! Pozdrów wszystkich ode mnie. Całusy.

    • Cynamon & Chiltepes

      To prawda, zawsze jakoś tu nas ciągnęło… Tym razem po prostu zostajemy na dłużej ;) Uściski dla Waszej Rodzinki, Olu!

  • Pawel

    Gosia, te domy i kościół są murowane?
    Jak tak, to wypada tylko zakrzyknąć ‚wow! cywilizacja!’.
    I pozdrowienia dla Twojego Gilberta (z Salvadoru czy też już z Zielonego Wzgórza?)

    • Cynamon & Chiltepes

      Tak, tu chatek z tektury nie ma ;) A na Waszej dzielni są z bambusa? ;)
      Dzięki za pozdrowienia, przekażę Gilbertowi ;)



Cynamon & Chiltepes 2015