Dobra zmiana :)

Czerwiec 29 2016, 2 Comments

Rok szkolny dobiegł końca, rozpoczęły się wakacje, czas na małe podsumowanie.

Wkrótce stukną nam trzy miesiące, odkąd tu jesteśmy. W tym czasie dzieci rozpoczęły – i skończyły ;) – szkołę; udało nam się częściowo urządzić mieszkanie; rozpoznać teren na tyle, by wiedzieć, gdzie zrobić tanie i zdrowe zakupy (wiwat bazary!), gdzie pójść na spacer, gdzie blisko domu zjeść smacznie za rozsądną cenę, jeśli nie chce nam się gotować i – szczególnie dla mnie istotna sprawa – gdzie biegać, żeby nie paść po pierwszym kilometrze od wspinania się ;) dostaliśmy jako rodzina wielodzietna przydział tzw. asistente social (ktoś w rodzaju opiekunki socjalnej, o czym za chwilę); zaliczyliśmy 8 (osiem!) „festas”, czyli imprez publicznych różnego rodzaju i natężenia (Hiszpanie to sobie lubią poświętować ;) ); przyjęliśmy pierwszych gości z Polski (dziękujemy, kochani!), którzy – mamy nadzieję – wyjechali zadowoleni z pobytu; dzieci zaczęły nawijać nie tylko po hiszpańsku, ale i po katalońsku (co budzi nieco obaw, że niedługo przestaniemy ich rozumieć, więc pora, byśmy i my się zabrali za naukę…); trójka z naszej piątki obchodziła swoje urodziny; zaprzyjaźniliśmy się z sąsiadami. No i oczywiście, zainaugurowaliśmy sezon plażowy :)

DSC_0597

Zacznę może od szkoły. Mój ostatni wpis był mocno entuzjastyczny i, szczęśliwie, jak dotąd się nie zawiedliśmy. Szkoła przygarnęła nasze dzieci i zapewniła im miękkie lądowanie, a potem przeprowadziła przez okres adaptacyjny łagodnie, z życzliwością i zrozumieniem, zarówno ze strony nauczycieli, jak i uczniów. Na spotkaniach z wychowawcami po zakończeniu roku (wspominałam chyba, że tu nie ma zebrań w tłumie z rodzicami, tylko spotkania jeden na jeden, albo jeden na dwa/trzy – nauczyciel z obojgiem rodziców bądź z rodzicem/rodzicami i dzieckiem) dowiedziałam się zresztą, że klasy na przybycie nowych dzieci były przygotowywane przez wychowawców już wcześniej, i duży nacisk był kładziony na wyrozumiałość wobec ich ewentualnych trudności komunikacyjnych i życzliwość. Zresztą, najlepszymi sędziami we własnej sprawie są w tym przypadku dzieciaki – a one są absolutnie zachwycone i oczarowane, do tego stopnia, że koniec roku był dla nich raczej powodem do smutku i żalu, niż do radości. A samo zakończenie roku – ach, cóż to był za dzień :) Precz z apelami, galowymi strojami, staniem na baczność i przemówieniami oficjeli (podczas jednego z takich koszmarnych apeli w polskiej szkole Sonia mi zemdlała ze zmęczenia i duchoty). Tu wszyscy (dzieci, nauczyciele i rodzice) zebrali się na szkolnym boisku i najpierw każda klasa pokazała przygotowany wcześniej taniec (a jakie te występy były pomysłowe i radosne – że wspomnę choćby czwartoklasistów przechodzących płynnie od Rocky’ego przez rytmy hula po „Thriller”), a potem wszyscy wbiegli razem na boisko, i przy akompaniamencie tanecznej muzyki i strzelającego konfetti skakali, tańczyli i rzucali się sobie w ramiona. Kiedy potem rozmawiałyśmy o tym z Julią, dyrektorką szkoły, i opowiadałam jej o kontraście między zakończeniem roku tu i w szkole w Polsce, uśmiechnęła się do mnie i skwitowała: „To jest dzień dzieci i dla dzieci. Nie widzę powodu, żeby miał wyglądać inaczej, niż one chcą”.

To było zresztą już drugie zakończenie roku, bo dwa tygodnie wcześniej imprezę końcoworoczną zorganizowała też AMPA, czyli Stowarzyszenie Rodziców. Ta odbyła się po zajęciach, i generalnie były to dmuchańce, gry i zabawy, z poczęstunkiem i przy muzyce.

DSC_0484

Na koniec roku każde dziecko dostało album ze swoimi pracami, list od wychowawcy do rodziców, a dzieci szkolne również zestawienie ocen (nie ma tu typowych świadectw, a oceny nie są traktowane z takim nabożeństwem, jak w Polsce, wydruk z ocenami ma wartość głównie informacyjną, żeby wiedzieć, jakie są mocniejsze i słabsze strony dziecka i nad czym popracować w następnym roku szkolnym). W listach wychowawcy pisali o tym, co udało się dzieciom osiągnąć i jakie dają wskazówki na czas wakacji i kolejny rok – wszystko w tonie bardzo pozytywnym i wspierającym. Nasze małe w swoich listach zostały docenione za to, że po trudnym początkowym okresie uniezależniły się od siebie nawzajem i nawiązały relacje z dziećmi w swoich grupach, pokonały trudności komunikacyjne i chętnie uczestniczyły we wszystkich proponowanych zajęciach. Starszaki zaś za aktywność na lekcjach, kreatywność, pracowitość, za pracę w grupie i otwartość, która pomogła im w szybkiej adaptacji. W ramach „pracy” na wakacje dostali zalecenie zapisania się do bibilioteki i wypożyczania książek po katalońsku oraz oglądania w tym języku bajek :) Na spotkaniu z ich wychowawczyniami dowiedzieliśmy się też, że mamy ich nie przeciążać, bo wakacje są od tego, żeby odpocząć, że szkoła zajmie się w kolejnym roku tym, by dostali odpowiednie wsparcie, jeśli chodzi o języki (a konkretnie: o kataloński właśnie, bo z hiszpańskim radzą sobie bez problemu). W praktyce będzie to oznaczało najprawdopodobniej przydzielenie nauczyciela wspomagającego oraz indywidualny tok nauczania.

Kolejną niesamowicie pozytywną rzeczą, którą zrobiła dla nas szkoła, było załatwienie nam spotkania z asystentką socjalną. W Polsce przydzielenie kogoś takiego kojarzy się z jakimś rodzajem, hm… niedomagania ;) w rodzinie. Tutaj jest to osoba, która nam jako imigrantom i rodzinie wielodzietnej ma za zadanie pomóc jak najlepiej zorganizować sobie życie. Pomaga zatem, w razie potrzeby, uzyskać pomoc prawną, znaleźć odpowiednie zajęcia dla dzieci (wskazała nam miejsca, w których odbywają się darmowe zajęcia wakacyjne, typu „lato w mieście”) i dla nas (gdybyśmy, na przykład, zechcieli uczyć się katalońskiego), a także np. organizacje sąsiedzkie, gdybyśmy mieli chęć w nich działać, w razie potrzeby uzyskać pomoc socjalną. Podpowiada też w takich prozaicznych sprawach, jak: gdzie jest biblioteka, bazar, szewc, sklep taki czy owaki, kiedy i jak obchodzi się lokalne święta – no, ogólnie jej zadaniem jest sprawić, by nasze życie układało się w miarę gładko :)

DSC_0363-01

Jak już wspomniałam, Hiszpanie uwielbiają świętować :) Każdy pretekst jest dobry, żeby przystroić ulice i sklepy, wystawić stoiska, robić pokazy i organizować różnego rodzaju atrakcje dla całego sąsiedztwa. Odkąd tu przyjechaliśmy, mieliśmy okazję świętować Festa de la Primavera (Święto Wiosny), Feria de Abril (kwietniowe imprezy na plażach), Festa Major de Nou Barris (Dni naszej gminy/dystryktu), Festa Major de Roquetes (Dni naszej dzielnicy), Dia de Sant Jordi (Dzień św. Jerzego, patrona Katalonii, które jest jednocześnie świętem książek i róż), Nit de Sant Joan (Noc Świętojańska, która tu jest obchodzona huczniej niż Nowy Rok, fajerwerki i petardy są odpalane w całym mieście przez całą noc i kolejny dzień), Dzień Parafii (którego centralną częścią było jedzenie wielkiej paelli, przygotowanej przez członków wspólnoty parafialnej) oraz Boże Ciało (tu obchodzone w niedzielę, nie w czwartek). Jak widzicie, nie ma kiedy się nudzić ;)

20160616_182636-01

Wielką radość sprawiły nam też w ostatnim czasie odwiedziny naszych przyjaciół z Polski – pierwsze z wielu, mamy nadzieję ;) Wprawdzie dzieci chodziły jeszcze do szkoły, ale dało to naszym gościom czas dla siebie, na zwiedzanie i plażowanie, a i tak udało nam się spędzić razem kilka popołudni, w tym zaliczyć pokaz tzw. Magicznych Fontann na wzgórzu Montjuïc, zabrać ich do naszej ulubionej restauracji Terra Blava (jedno z miejsc, które polecam na stronach magazynu Lente) i zainaugurować wspólnie sezon plażowy :)

IMAG1453

20160619_164914-01

Muszę też przyznać, że mieliśmy ogromne szczęście, jeśli chodzi o sąsiadów – rodzina, która mieszka na ostatnim piętrze w naszym budynku, jest przefantastyczna :) Wiedzieliśmy, że będziemy często mieli z nimi do czynienia, bo to rodzina syna właściciela naszego mieszkania – tym bardziej więc cieszy, że okazali się tak sympatycznymi ludźmi: nasze dzieci zaprzyjaźniły się z ich dziećmi, odwiedzają się, bawią się razem, a i my lubimy spędzać razem czas: spotykać się u nich, u nas, bądź razem wychodzić. Przy okazji on jest tzw. „złotą rączką” i potrafi w mig zająć się usterką techniczną, elektryczną czy też hydrauliczną – a że sam pomagał w konstrukcji tego budynku, to zna go jak własną kieszeń. Taki sąsiad to prawdziwy skarb :)

Chyba jedyne, co nam jak dotąd doskwiera, to tęsknota… Ale tę wiemy, że musimy po prostu oswoić, bo innej rady nie ma. Ogólnie jednak podsumowanie naszych pierwszych miesięcy w Barcelonie zdecydowanie wychodzi na plus i zmiana, którą zdecydowaliśmy się zafundować naszej rodzinie, jak dotąd okazuje się dobrą zmianą :)





  • Karolina

    Witaj Malgosiu,
    Czytam wlasnie o waszej przygodzie i ciesze sie bardzo, ze pozytywna energia Was nie opuszcza ;). Jestem pelna uznania i podziwu dla Waszego pomyslu i odwagi, to nie jest wszystko takie ewidentne… uwazam, ze dla calej malej piatki te doswiadczenia sa niezastapione. Ilosc kompetencji, doswiadczen, otwartosc… mozna by tak dlugo… bravo :D. Jestescie niesamowici.

    Pozdrawiamy z Paris :)
    Karo

    • Cynamon & Chiltepes

      Dzięki :) Są oczywiście momenty trudne – walka z hiszpańską biurokracją bardzo przypomina walkę z polską, pod tym względem niespecjalnie się te kraje różnią, niestety. Ambiwalentne podejście Hiszpanów do czasu bywa mocno irytujące (dwudniowy remont trwał u nas dwa tygodnie…). Ale ogólnie rzecz biorąc jesteśmy zadowoleni z naszej decyzji. Czas pokaże, jak będzie dalej, jesteśmy optymistami :)



Cynamon & Chiltepes 2015