Ballada o wianku stokrotek

Październik 17 2015, 0 Comments

Internety – a w ślad za nimi opiniotwórcze zachodnie media, m.in. „The Guardian” – zachłysnęły się ostatnio krótkim australijskim filmem animowanym z Kate Winslet jako narratorką. „Daisy Chain” opowiada o małej dziewczynce, ofierze bullyingu, i ma pomóc najmłodszym w radzeniu sobie z sytuacją bycia prześladowanym przez inne dzieci.

Inspiracją dla powstania filmu była sytuacja z życia australijskiego autora i reżysera, Galvina Scotta Davisa. Jeden z jego synów był ofiarą bullyingu i dowiedziawszy się o tym, Davis chciał ukoić go czytając mu książeczkę, nie znalazł jednak nic odpowiedniego, bajkę anty-bullyingową wymyślił więc na poczekaniu sam. Przesłaniem bajki o Benjaminie Brewsterze i magicznych dmuchawcach było: „Bullying jest dla ludzi bez wyobraźni”. Pomysł ten Davis przekuł następnie w aplikację umożliwiającą użytkownikom zdmuchiwanie obiektów prosto z ekranu. Aplikacja Dandelion odniosła ogromny sukces w Australii i stała się z kolei dla Davisa impulsem do stworzenia krótkiego filmu animowanego – i tak powstała pięciominutowa, nieco Burtonowska w stylu, animacja „Daisy Chain”. Historię Buttercup Bree, małej dziewczynki gnębionej przez koleżanki, wymyśloną przez Davisa, na ekran pomogli mu przenieść rysownik Anthony Ishinjerro i animator Frederick Venet, a muzykę do obrazu napisał Hylton Mowday. Opowiada ją zaś zdobywczyni Oscara, Kate Winslet.

Jestem wielbicielką Burtona, a że klimat animacji nawiązuje do jego stylu, filmik warstwą wizualną wzbudził mój zachwyt. Pomocne w odbiorze i zrozumieniu go jest zapoznanie się z oryginalną opowieścią o Benjaminie Brewsterze, chłopcu, który wyniku dręczenia przez inne dzieci, stracił pewność siebie i tożsamość (stąd: brak rysów twarzy u Benjamina i Buttercup) i użył dmuchawców do tworzenia rzeczy, które mu się podobały, i które spodobały się również jego prześladowcom. Za pomocą dmuchawców i ich kreacji odmienił świat wokół siebie, a także serca dzieci, które mu dokuczały. Podobnie jak na filmie czyni Buttercup, używając stokrotek. Davis w animacji przemycił też aluzję do świata mediów społecznościowych, który nadał nowy wymiar znęcaniu się nad drugim człowiekiem, wymiar publicznej egzekucji. Symbolem tego w filmie są zdjęcia Buttercup porozwieszane na drzewach przez jej dręczycielki.

Animacja skierowana jest do dzieci w wieku podstawówkowym, autorzy zachęcają do wykorzystywania jej w rozmowach na temat przemocy rówieśniczej zarówno przez nauczycieli i pedagogów w szkołach, jak i w domach, przez opiekunów. Niezależnie od tego, czy podejrzewają oni, że dziecko jest ofiarą bullyingu, czy też jego sprawcą.

Mimo zachwytu nad stroną wizualną, błyskotliwości pomysłu i szczytnej idei przyświecającej filmowi, moim dzieciom go nie pokażę i nie wykorzystamy go w rozmowach na temat bullyingu (który to problem jest, niestety, w naszym życiu obecny). Nie polecę go też innym rodzicom ani nauczycielom. Nawet nie dlatego, że jest on, w moim odczuciu, nieco zbyt mroczny dla kilkulatków, a dzieci pozbawione rysów twarzy cokolwiek upiorne – odbiór tego jest kwestią indywidualnej wrażliwości dziecka, co jedne dzieci może przerazić, na innych nie zrobi wrażenia. Trudno mi jednak zgodzić się z przesłaniem, że to do małej ofiary prześladowania należy rozwiązanie tej sytuacji i że leży ono w jej rękach. W filmie odpowiedzialność za położenie kresu przemocy zostaje zdjęta z dręczyciela i niejako przerzucona na ofiarę. Oglądam i wszystko we mnie buntuje się przeciwko zrównywaniu prześladowcy i prześladowanego, i nazywaniu obu ofiarami. Tak, prawdą jest, że dziecko, które pastwi się nad innym dzieckiem, często samo jest po prostu głęboko nieszczęśliwe i na ogół samo wymaga pomocy. Udzielenie jej nie należy jednak do dziecka będącego ofiarą. Żadnego dziecka nie można obarczać taką odpowiedzialnością. Film pokazuje też, że lekarstwem na bycie prześladowanym jest bycie miłym i próba zaprzyjaźnienia się z dręczycielem, co jest po prostu niebezpieczne. Ma to szansę powodzenia wśród czterolatków, wśród dzieci starszych jednak uległość i próby „oswajania” tzw. bullies mogą wręcz jeszcze bardziej sprowokować prześladowców i ugruntować status ofiary.

Jest w filmie jeszcze jedna rzecz, która wydaje mi się szkodliwa: mianowicie podkreślanie, że „my”, czyli ofiary bullyingu, jesteśmy inni, świat nas nie rozumie, i niejako w domyśle: stwórzmy więc sobie własny, w którym będziemy bezpieczni. Czy faktycznie zamykanie się we własnej odmienności i własnym świecie ma być rozwiązaniem? Czy nie jest raczej rolą nas, dorosłych, pomóc dziecku odnaleźć swoje miejsce i poczucie bezpieczeństwa w tym, który je otacza, zamiast utwierdzać je w przekonaniu, że do niego nie przystaje? W tym kontekście takie podejście daje też jasny, a nieprawdziwy z gruntu komunikat, że to ofiara jest winna prześladowaniu, właśnie poprzez swoją odmienność.

Idea filmu jest zacna, pomysł był świetny, mogło powstać rewelacyjne narzędzie do pracy z najmłodszymi w kwestii przemocy wśród rówieśników – problemu, który dotyka coraz więcej dzieci w coraz młodszym wieku. Szkoda, że ten pomysł został zmarnowany.







Cynamon & Chiltepes 2015